Przygotowania do wyprawy, czyli przemyślenia na temat obiegu materii

Powoli zbliża się czas wielkiej wyprawy. A wraz z nim nie tylko przygotowania i planowanie, ale i sprzątanie. Opróżnianie domu. Okazało się, że przez te dwa i pół roku nazbierało się sporo, mniej lub bardziej, niepotrzebnych sprzętów. Oczywiście człowiek uświadamia to sobie dopiero wtedy, kiedy musi się ich pozbyć. Zaskoczenie moje jest tym większe, że od początku towarzyszyło mi właśnie motto: „Niczego nie gromadzę, bo potem będę musiała się tego jakoś pozbyć”… Rzeczywistość mnie jednak przechytrzyła, a jej materialne przejawy wypełniły znaczną część domu, a jeszcze większą garażu. No to od kilku tygodni trwa fascynujący proces pozbywania się tego wszystkiego.

Sposobów jest kilka. Najpopularniejszy to oczywiście sprzedaż internetowa. Liderem okazała się australijska wersja pewnego portalu, skądinąd obecnego tylko w sześciu krajach, w tym także w Polsce. Tu sprzedałam rzeczy najcięższego kalibru, które rozchodziły się jak świeże bułeczki, chociaż na ogół świeże nie były, bo wszystko też zakupywaliśmy z second hand. Rekord, na który nie byłam w ogóle przygotowana, to lodówka sprzedana po 2 godzinach od ogłoszenia. Dobrze, że noce zimne…

Tak to bywa w kraju, gdzie mieszkanie całe życie w jednym miejscu jest nietypowe. Wielu przemieszcza się, w poszukiwaniu lepszego życia lub uciekając od rutyny – do innej dzielnicy, miasta, Azji, Europy. Wielu też przyjeżdża – na staż, stypendium, kontrakt albo po prostu spróbować, z nadzieją, że będzie można zostać dłużej. I tak to się kręci. Na szczęście z Australijczykami interesy robi się bardzo dobrze. Nie ma tego sprawdzania, obmacywania rzeczy, szukania dziury w całym oraz z góry założonej nieufności, że sprzedający chce zrobić kupującego w balona. Nic takiego. Schemat zawsze jest ten sam: szybkie spojrzenie – decyzja – dobrowolnie oferowany depozyt. Nie wspominając o tym, że negocjacje nikomu nawet nie przyjdą do głowy.

Kolejnym „miejscem”, gdzie ogłosiłam, tym razem bardziej drobne rzeczy, była strona uniwersytetu ANU. Tu sprzedaje się chyba wszystko – od litra soku zaczynając na samochodach kończąc. A co jest pomiędzy można się przekonać wchodząc na stronę: http://billboard.anu.edu.au/classifieds.asp. Taki to już los studenta, zwłaszcza tego, który przyjeżdża z zagranicy (tzn. głównie Azji) i musi płacić – w przeciwieństwie do swojego australijskiego kolegi – słone pieniądze za każdy semestr.

Kolejna opcja to tzw. garage sale, czyli wyprzedaż garażowa. Organizuje się ją przed własnym domem przy okazji przeprowadzki czy po prostu sprzątania. Sprzedaże na ogół mają miejsce w soboty, a informacja o nich umieszczana jest na okolicznych słupach, znakach drogowych. Sama przyjemność dla zbieraczy i fanów przedmiotów, a dla niektórych pomysł na sobotnie przedpołudnia.

Innym sposobem, w jaki można pozbyć się rzeczy (przynajmniej tych w dobrym stanie), jest donacja na cele charytatywne. Do wyboru mamy The Society of St. Vincent de Paul (http://www.vinnies.org.au/vinnies-stores-centres-act) oraz The Salvation Army (Armia Zbawienia, http://salvos.org.au/). Każda z organizacji pomaga ludziom potrzebującym m.in. właśnie poprzez prowadzenie sklepów z rzeczami-darami. No i znów raduje się i druga strona. Sklepy są rajem dla szperaczy, będąc substytutem naszych „lumepksów”. Satysfakcja potrójna. Przywrócone z niebytu cacko, bardzo niskim jak na australijskie warunki (i polskie zresztą też) kosztem – sklepy te bardzo często wprowadzają bowiem zniżki na i tak już bardzo tanio wycenione towary. A do tego pieniądze wędrują na szczytny cel. Przyjemność kupowania w antykapitalistycznym wydaniu!!!

Kontynuując temat antykapitalizmu, warto wspomnieć o panoszącej się niczym w alternatywnej rzeczywistości wymianie towar-nic. Na tych samych stronach internetowych, gdzie sprzedaje się (a raczej próbuje się sprzedawać) prawie wszystko, funkcjonuje dział ogłoszeń – RZECZY ZA DARMO. I ma się całkiem dobrze! Oczywiście rozwój internetu nie wyparł zjawiska zostawiania rzeczy przed domem, pod płotem, drzewem, czy przy krzaczku. Idea stara, znana nam wszystkim w mocniejszym wydaniu od naszych zachodnich sąsiadów. Australijskie „wystawki” są jednak jakby ich mutacją. Bardziej incydentalne, skromniejsze, bez zadęcia, a rzeczy rozchodzą się znacznie szybciej, bez żenady i wstydu.

Postanowiłam i ja wziąć udział w tym bezgotówkowym obiegu przedmiotów… Bilans dodatni (czyli ujemny): stół, krzesła, dywany, itp., itd. No a ile satysfakcji z dawania. Wędrujcie więc rzeczy dalej, niech wasz żywot nie ustaje! Fascynujący obieg materii niech trwa. Czyż to nie jest pociągająca alternatywa wobec nieustającego dążenia do wymiany wszystkiego na nowsze i lepsze?

Ale jest taka rzecz w Australii, której już nikt nie weźmie nawet za darmo. Telewizor odbierający sygnał analogowy! Wyłączanie sygnału, które potrwa do końca 2013 roku, odbywa się stopniowo w poszczególnych regionach Australii. Właśnie przyszedł czas na Canberrę!

Reklamy