Radość zbaczania i sztuka rezygnowania, czyli droga na Mt Augustus

Nasza podróż jest połączeniem planowania i improwizacji, czego najlepszym przykładem jest kolejny jej etap. Postanawiamy odbić nieco z kursu na północ, aby zjechać w głąb lądu i dotrzeć do świętej góry Aborygeńskiej Mt Augustus. Jest zdecydowanie mniej popularna niż jej odpowiedniczka w Środkowej Australii – Uluru. A jej oddalenie i zapomnienie pociąga nas w niej chyba najbardziej. No właśnie oddalenie. Mt Augustus jest położona 500 km od Carnarvonu, czyli miejscowości z której zjeżdżamy na wschód z autostrady. Początkowo droga wiedzie asfaltem, który kończy się po 170 km w miejscowości Gascoyne Junction, będącej autentycznym skrzyżowaniem tras outbackowych. Więc znów ocieramy się o ten niesamowity świat, gdzie trzeba być samowystarczalnym i dokładnie wiedzieć, za ile kilometrów znajduje się następna stacja benzynowa i do której jest czynna… W Gascoyne Junction paliwo można kupić do 16.30, w czymś co można spróbować porównać do ośrodka gminnego. To niewielkie miasteczko utrzymuje się dzięki pobliskim kopalniom (m.in. złoto i uran) oraz hodowli zwierząt, które zresztą można spotkać na drodze.

Ale chodzą one nie tylko po bocznych, nieuczęszczanych drogach. Pasące się swobodnie krowy, a także owce (nie wspominając o dzikich zwierzętach) często spotkać można na autostradach. Prowadzenie po zmroku wymaga więc wzmożonej koncentracji i refleksu. Widzieliśmy kilka bardzo poważnych wypadków samochodowych, będących efektem zderzenia z krową. Na niektórych odcinkach autostrad widok zdechłych krów na poboczu to normalność.

Niewystarczająca ilość paliwa i deszcz, który rozmył nieutwardzone drogi sprawiają, że musimy zatrzymać się gdzieś w pobliżu Gascoyne Junction. Bardzo trafnie wybór pada na położony 60 km stąd Park Narodowy Kennedy Range. Na terenie parku znajduje się niewielkie pole namiotowe, którym zajmują się wolontariusze – starsze małżeństwo. Mieszkają pod Perth, ale co roku na zimę wyjeżdżają bardziej na północ, bo temperatury u nich za niskie… A kiedy zabraknie pieniędzy żeby jechać dalej, to szukają złota. Liczą, że znajdą coś w okolicy.

My też postanawiamy poeksplorować pobliskie tereny – pomimo, że Kennedy Range to niewielki park narodowy to przeliczamy godziny i dni, i wychodzi na to, że chyba jednak nie mamy czasu, aby jechać do Mt Augustus. Umiejętność rezygnowania jest także częścią podróżowania.

Reklamy

Droga przez piasek do Francois Peron

Postanowiliśmy jednak poszukać na Półwyspie Peron mniej turystycznego miejsca, a delfiny zobaczyć w bardziej naturalnych okolicznościach. Ucieczka do innego świata jest bardzo łatwa – wystarczy wjechać do położonego nieopodal Parku Narodowego Francois Peron. No właśnie, rzecz pozornie banalna. Przy wjeździe Marek po raz pierwszy dokonuje ceremonii spuszczenia powietrza z opon (do ok. 1,5 atmosfery) po to, aby poradzić sobie z jazdą po piaszczystej drodze, przechodzącej momentami w wydmy. Ta metoda będzie towarzyszyła nam jeszcze przy wielu innych okazjach. Chociaż przy niektórych nawet i ona okaże się bezskuteczna… Ale o tym nieco później.

Powietrze spuszczać będziemy też wjeżdżając na nieutwardzone drogi skorugowane, czyli pofałdowane poprzecznie. Fałdy mogą osiągać nawet do 20cm wysokości, więc jazda po nich bywa bardzo niekomfortowa, a czasem nieco niebezpieczna. Na drogach łatwo rozpoznać dwa podejścia do problemu – jazda ostrożna, powolna versus jazda szybka. Marek zdecydowanie reprezentuje drugą szkołę, tłumacząc mi (prawie za każdym razem pytam go, czy musi tak szybko jechać), że duża prędkość pozwala uniknąć wpadania w odstępy między korugacjami i umożliwia znacznie bardziej płynną jazdę po samych korugacjach. Przy czym odbywa się to pewnym kosztem – sterowność pojazdu spada do minimum. Hmm, o tym dowiedziałam się pisząc właśnie tę notkę na bloga.

Uff, no to dojechaliśmy. Chociaż nie obyło się bez momentów trudnych. Zatrzymujemy się w miejscu zwanym Big Lagoon. To już kolejna laguna tego dnia – półwysep usłany jest nimi. Park narodowy rzeczywiście stanowi zwierzęce sanktuarium, co zdradza bogactwo śladów. No i są też delfiny! W przeciwieństwie do bogactwa fauny nie spotykamy na spacerze żadnego człowieka. Powodów, aby zostać tutaj na noc jest wystarczająco.

Drugie śniadanie z delfinami

Następny przystanek to Półwysep Peron, którego jedną z największych turystycznych atrakcji jest niewielka miejscowość wypoczynkowa położona tuż nad oceanem Monkey Mia. Codziennie o 7:45 rano odbywa się tu karmienie delfinów. Niektóre z nich przypływają na rybne śniadanie nieprzerwanie od wielu lat. Dlatego każdy z delfinów ma nie tylko swoje imię, ale i swoją tożsamość. Na tablicy informacyjnej można znaleźć historię życia każdego z nich, łącznie z wzajemnymi relacjami pokrewieństwa. Tym, po czym najłatwiej rozpoznać każdego delfina jest płetwa, odzwierciedlająca trudny życia każdego z waleni. Karmienie ma stanowić jedynie dopełnienie codziennej diety ssaków, aby nie zakłócić ich niezależności.

Nam nie udało się dojechać na śniadanie z delfinami, chociaż właściwie to nie spieszyliśmy się na nie, leniwiąc się nieco rano na plaży przy campingu gdzie nocowaliśmy (Nanga Bay). Brak determinacji wynikał także z tego, że na pokazową konsumpcję przychodzą ponoć każdego dnia tłumy, niezależnie od komercyjnego charakteru wydarzenia. Aby dotrzeć Monkey Mia trzeba przejechać rogatki, po wcześniejszym zapłaceniu niesymbolicznej opłaty

To czy, w ciągu dnia odbywać się będzie jeszcze kolejne karmienie zależy wyłącznie od… delfinów. Przy wjeździe zostaliśmy poinstruowani, że należy być czujnym i obserwować, czy inni ludzie nie biegną w stronę plaży… Rzeczywiście poruszenie nastąpiło już po chwili i załapaliśmy się na kolejne ucztowanie. Z jakichś powodów żadne z nas nie zostało wybrane do karmienia…

Zakręcona Murchison River

Inną atrakcją Kalbarri jest ujście do oceanu rzeki Murchison River, drugiej pod względem długości w Zachodniej Australii, a Kallbari to jedyna miejscowość położona na jej całej długości 850 km. Murchison River wije się także na obszarze położonego nieopodal Parku Narodowego Kalbarri. Tak, dosłownie wije się. Rzeka formuje koła, zety i inne niesamowite kształty, przeciskając się między skałami. Tak uformowany wąwóz ma w Australii swoją specjalną nazwę – gorge (pomimo, że istnieje także nazwa canyon, w niektórych miejscach nie zrozumiano o co nam chodzi, gdy używaliśmy jej).

O niezwykłości przestrzeni przekonujemy się robiąc 8 km pętlę podążającą korytem rzeki.
Jak zwykle ogromne znaczenie odgrywa światło. Jesteśmy tu o zachodzie słońca, jak i kolejnego dnia w południe, kiedy słońce kryje się za chmurami. Cóż za różnica. Tak, australijskie słońce wyczynia niesamowite rzeczy z krajobrazem.


Coraz ciaśniej

Problem ulokowania opony pozostaje – prowizoryczne rozwiązanie wymaga bowiem jej codziennego wyciągania i wkładania, ze względu na konstrukcję naszego łóżka w samochodzie. Postanawiamy więc zatrzymać się kilka godzin w miejscowości Drummond, gdzie znajdują się (co nie jest takie oczywiste na trasie z Perth do Broome) sklepy ze turystycznym sprzętem oraz wyposażeniem dla samochodów terenowych. Jeżdżenie samochodem z napędem na cztery koła to w Australii standard, a w tej części – ze względu na bliskość outbacku – większość z nich wyposażona jest w dwa koła zapasowe. Dlatego podglądamy wszystkie auta, być może któreś z rozwiązań da się zaaplikować także w naszym przypadku. Póki co brak analogii. W sklepie sprzedawca również angażuje się w znalezienie rozwiązania dla nas. Cały problem rozbija się o to, ile ciężaru może wytrzymać nasz dach. Jak się okazuje mniej niż myśleliśmy. Nie ma inne możliwości, i ostatecznie musimy pójść za radą sprzedawcy – opona ląduje w środku auta, a kilka naszych – mamy nadzieję – zbędnych rzeczy w śmietniku.

No to jedziemy dalej na północ. Ruch na jezdniach zaczyna nieco gęstnieć. Właśnie zaczynają się wakacje szkolne, czyli 2-tygodniowa przerwa zimowa. Nauka w australijskiej szkole podzielona jest na dwa semestry, a w ramach każdego z nich przewidziane są dwie przerwy. Najdłuższa po drugim semestrze, zaczyna się przed Bożym Narodzeniem i trwa do końca stycznia. Dokładne daty wakacji regulowane są jednak niezależnie przez każdy stan.

Wjeżdżamy także w bardziej turystyczny obszar, głównie ze względu na spektakularne plaże. Jednym z założeń naszej podróży jest nie rezerwowanie noclegów – bo w końcu nie wiadomo, gdzie człowiek będzie miał ochotę zatrzymać się na noc. Oby tylko ta metodologia mogła być kontynuowana.

Rzeczywiście. Wybrzeże Morza Indyjskiego zachwyca w każdym miejscu – tym razem w okolicach miejscowości Kalbarri.

Białe szaleństwo w Wedge Island

Noc między jedną a drugą wizytą w Pinacles spędzamy na plaży w Wedge Island. Wbrew nazwie, nie jest to wyspa, tylko nadmorska wioska, położona nad pięknymi białymi wydmami. Jej stali i tymczasowi mieszkańcy żyją w prowizorycznych budkach, przypominających raczej szopy niż domy. Każda z nich ma jednak swój numer, a wjeżdżając do wioski mija się mapę z dokładnym ich rozkładem. Ciekawe, czy jak któraś się rozleci, to mapa jest natychmiast aktualizowana. O tym, że to porządne miasteczko świadczy także świetnie wyposażony punkt medyczny. Żadnego medyka jednak nie zastaliśmy na miejscu.

Za to fantastyczne plaże inspirują nas do białego szaleństwa.

Pinacles, czyli muzyka na piaskach

Pobyt w Perth kończymy zakupem drugiej opony zapasowej. Dopiero, gdy widzimy ją na własne oczy, uświadamiamy sobie jaka jest wielka… Nie za bardzo wiemy, gdzie ją włożyć, upakować, upchać, tym bardziej, że waży jakieś 35 kg. Niezależnie od zmniejszonej przestrzeni w samochodzie jedziemy do Pinacles. Są to szpiczaste formy, których pochodzenie nie jest do końca wyjaśnione i tłumaczone jest przez dwie alternatywne hipotezy. Każda z nich odwołuje się do nagromadzenia w tym miejscu wapienia, z których uformowały się stożki.

Pinacles pomimo swej kruchości są dostępne bezpośrednio dla zwiedzających, a na pustynię można wjechać samochodem i objechać ją 5-km trasą. Nie po raz pierwszy dziwi nas taki swobodny dostęp do niezwykle cennego przyrodniczo miejsca, ale taka jest właśnie Australia. Odwiedzamy Pincales pod wieczór, który ma być najlepszą porą na doświadczenie dramaturgii miejsca. Szybki zachód słońca sprawia, że wracamy tu także kolejnego dnia. Postanawiam magię przestrzeni dopełnić dźwiękiem. Najpierw muzyką z słuchawek, a następnie tonami wygrywanymi na samych, jakże dźwięcznych małych pinacles. Okolica pełna jest bowiem karłowatych form wapiennych, które zostały złamane przez wiatr. Cóż za magiczne miejsce!