Bo najpiękniejsze zimy są w Perth

Od kilku dni przebywamy w Perth. Traktujemy ten czas trochę jak odpoczynek przed kolejnym etapem wyprawy. Zwłaszcza, że Perth to niezwykłe miasto. Nadmorska metropolia, z niemalże nieustająco niebieskim niebem i zachwycającym światłem, pięknymi plażami i parkami. Takiej zimy w mieście jeszcze nie doświadczyłam. A do tego architektura na tyle zróżnicowana (co w Australii nie zdarza się często), że można powłóczyć się z aparatem po mieście. Na dodatek bardzo dobrze rozwinięty systemem komunikacji miejskiej (czego może pozazdrościć Sydney i Canberra).

Urzeka mnie także Fremantle, czyli miejscowość położna po sąsiedzku, u ujścia rzeki Swan. Miasto służy jako port Perth – to tu wypatrujemy czerwonych dźwigów żurawi, w których projektowaniu brał udział tata Marka. Fremantle to także weekendowa baza wypadowa mieszkańców stolicy, zwłaszcza tych którzy lubią leniwe, plażowe biesiadowanie, uprzyjemniane australijskim nadmorskim specjałem, czyli fish and chips (w przeciwieństwie do specjału lądowego, czyli kiełbasy z grilla) zapijanym piwem. Na estakadzie króluje Little Creatures, czyli jeden z najlepszych australijskich browarów, tutaj właśnie wyrabiany. Na miejscu można za darmo dokonać degustacji każdego z rodzaju piwa i bardzo smacznie zjeść. Przetaczają się przez browar tłumy – niezależnie od wieku i upodobań, nawet rodzice z dziećmi. Tę niesamowitą, dynamiczną atmosferę dopełniają barmani z charakterem…

Ale to co w Perth uderza mnie najbardziej, to jego emigrancka atmosfera. Australijski to tylko jeden z wielu języków obecnych na ulicach, a jeśli wsłuchać się jeszcze dokładniej, to można usłyszeć wyznania o tęsknocie za krajem rodzinnym albo zadowoleniu z przyjazdu do Australii. Tutaj emigracja to nieustający proces (dramat?), który odgrywa się na nowo każdego dnia. Wielokulturowość dociera do nas w całkiem niespodziewanym momencie. W niedzielę rano budzą nas śpiewy koptyjskie. A wszystko to w najbardziej odizolowana metropolia świata.

Poznajemy też kilku Polaków mieszkających w Perth. Oni też odzwierciedlają dynamikę tego zjawiska. Niektórzy z nich przyjechali kilkadziesiąt lat temu, inni zaledwie kilka. Wśród nich spotykamy grupę pasjonatów podróży w australijski outback, z którymi podróżował Marek Tomalik, autor książki „Australia – gdzie kwiaty rodzą się z ognia”. Zdaje się, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Dotarli tam, gdzie większość samochodów nie dojeżdża i widzieli rzeczy nieopisane w żadnym przewodniku. Ich opowieści pobudzają naszą wyobraźnię. Rodzi się w nas znów pragnienie wjechania w australijski outback, czyli mistyka dla twardzieli. Jedziemy więc jutro kupić drugie koło zapasowe.

A to wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie Ojcowie Franciszkanie – Tomasz i Stanisław – którym ogromnie dziękujemy za niezwykle serdeczne przyjęcie, nielimitowaną gościnność i bezcenne rady. No i mamy wielką nadzieję, że nasze kolejne australijskie auto będzie tak samo świetnie wyposażone jak maszyna O. Tomasza. I tak jak ona będzie w stanie przejechać Canning Stock Route!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s