W gościnie u Aborygenów, czyli wyprawa na Półwysep Danpier

Wielokulturowy charakter Broome tworzy także społeczność Aborygeńska. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że żyje ona na marginesie turystycznego cyklu życia miasta, na marginesie w ogóle. Inaczej jest na położonym na północ od Broome Półwyspie Danpier. Tutejsza ziemia należy w 50% do Aborygenów, którzy żyją tu w swoich niewielkich społecznościach, stanowiąc 85% mieszkańców. Takich wspólnot na przylądku jest kilkanaście, a większość z nich prowadzi różnego rodzaju usługi turystyczne. Na ogół oferują noclegi w formie tzw. bushcamps, gdzie można spać pod własnym namiotem lub skorzystać z tych przypominających nieco harcerskie. Wbrew nazwie, takie pola namiotowe są dość dobrze wyposażone – posiadają toalety z bieżącą wodą i prysznice. Wiele z tych miejsc położonych jest w bardzo odległych i zacisznych zakątkach półwyspu, tuż nad brzegiem morza, dokąd mogą dostać się tylko niektórzy, to znaczy posiadacze niezawodnych aut z napędem na cztery koła, które są w stanie przejechać piaszczyste, miejscami wręcz przypominające wydmy, drogi. Główna, biegnąca wzdłuż półwyspu 200 km droga jest jednak niewiele lepsza. Tyle, że zamiast pływania po piasku przez ponad 4 godziny (bo tyle zajmuje jej przejechanie) skacze się po korugacjach.

Tutejsze społeczności działają na zasadzie dużej samowystarczalności i niezależności. Zwykle w każdej takiej wiosce można znaleźć sklep, w którym znajduje się stoisko pocztowe i bankomat. Znacznie większą rzadkością jest stacja benzynowa. W położonej centralnie na półwyspie miejscowości – Beagle Bay – znajduje się katolicki kościół, który został założony przez francuskich misjonarzy pod koniec XIX wieku. Wizyta w aborygeńskich wioskach możliwa jest na ogół po uzyskaniu pozwolenia, równającego się uiszczeniu opłaty wjazdowej. Nawet krótki pobyt we wiosce wywołuje dość silne wrażenie. To co uderza najbardziej to wszechobecny proces niszczenia materii, której stopień nagromadzenia przekracza ten dominując w świecie białych. Poniekąd chyba dlatego, że Aborygeni część swojej codzienności odgrywają przed domem, a nie w jego murach (a raczej blachach – bo z niej zbudowany są wszystkie, wyglądające podobnie, domy). Dlatego przedmioty wręcz zalewają przestrzeń w sąsiedztwie domów.

Nam udaje się znaleźć nocleg na aborygeńskim polu namiotowym w Chile Creek, który rezerwujemy na kilka godzin przed przez telefon. Pytamy właścicielkę, do której powinniśmy zjawić się na miejscu. Nie rozwodząc się odpowiada: – Przed zachodem słońca. Szczęśliwi docieramy rzeczywiście niewiele przed zmrokiem. Radość tym wielka, że nasz samochód nie raz zatańczył na pisakowej drodze. Pole namiotowe leży jakieś 500 metrów od wioski aborygeńskiej i 2 km od morza, które postanawiamy zobaczyć jeszcze tego samego wieczoru. No może nie zobaczyć, a usłyszeć, bo gdy docieramy na miejsce jest już zupełnie ciemno i nie pomaga nawet gwiaździste niebo.

Nic nie szkodzi. Odbijemy sobie wszystko jutro! A póki co czeka nas miły wieczór, na zacisznym polu namiotowym, gdzie można palić ogień i wziąć prysznic. Cóż za luksus!

Reklamy

1 thought on “W gościnie u Aborygenów, czyli wyprawa na Półwysep Danpier

  1. „Odbijemy sobie wszystko jutro!” was translated as „Bounce the all tomorrow!”. Somehow I don’t think that is a correct rendering of what you wrote.

    I am sad as there are no pictures 😦

    (For Marek, Ross just gave the talk for the finish of his PhD – though he has not submitted his thesis yet, but will do soon)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s