Akcja ratunkowa po australijsku

No to odbijamy sobie dziś. Tym razem na plażę postanawiamy dostać się autem, bo nie chce nam się pokonywać tej samej piaszczystej drogi ponownie na nogach. Tak, tylko na postanowieniach się kończy. Taniec samochodu na piaskach urywa się bardzo szybko i niespodziewanie. Utknęliśmy po same uszy – niemalże bez przesady. Nie pomaga napęd na cztery koła, spuszczanie powietrza, pchanie, odgarnianie piachu spod kół i podwozia (na kolanach i rękami – tak, nie wzięliśmy ze sobą w podróż łopaty, chociaż raczej z braku miejsca niż wyobraźni), podkładanie pod koła czego się da. Jedyna nadzieja w tym, że ktoś będzie tędy przejeżdżał. Chociaż biorąc pod uwagę jak niewiele osób spało na polu namiotowym szanse są niewielkie. Teraz już tak nas nie śmieszy wspomnienie samochodo-traktoro-czołgu, którym przyjechała na pole namiotowe jakaś trzyosobowa rodzinka. Podobnie jak znak znajdujący się przed wjazdem na plażę ostrzegający, iż każdy wjeżdża tutaj na własną odpowiedzialność, a holowanie nie jest gwarantowane, bo we wiosce nie zawsze dostępne jest odpowiednie auto.

Ale nie tracimy nadziei na rychłą pomoc. W końcu to Australia! I rzeczywiście wszystko odbywa się zgodnie z tutejszym scenariuszem. Po 20 minutach nadjeżdża Land Cruiser. Kierowca zatrzymuje auto jakieś 15 m przed nami. Razem z nim wysiada dziewczyna, oboje młodzi i wysportowani. Najwyraźniej sytuacja ani go nie dziwi, ani nie śmieszy. Natychmiast pyta: Got a shovel? (Macie łopatę?). Negatywna odpowiedź zmienia neutralny wyraz jego twarzy. Teraz maluje się na niej tylko jedno: Amatorzy. Też tak zaczynamy o sobie myśleć, zwłaszcza, gdy widzimy w aucie naszego wybawiciela masę sprzętu właśnie na takie okazje. Nie pada już więcej pytań. Wybierają z dziewczyną odpowiednią linę i przymocowują ją do naszego samochodu. Zdecydowanie zostajemy odsunięci od akcji ratowniczej. Kierowca krótko instruuje nas co zamierza teraz zrobić. Po chwili nasze auto zostaje wyciągnięte z piaskowej pułapki. Wszystko odbywa się tak sprawnie i szybko, że prawie nie zdążyliśmy podziękować. Oto Australia właśnie!

Marek jeszcze przez chwilę waha się, czy jechać autem, czy dojść do morza na nogach. Upał coraz większy, ale nawet nie przychodzi nam do głowy, aby zrezygnować. No bo tutaj przecież dojeżdżają nieliczni. I rzeczywiście plaże Chile Creek są zupełnie puste. Creek to po australijsku coś między potokiem, strumieniem, a rzeką. Taki creek wpada tutaj właśnie do morza. Można więc porównywać turkusy. Można też zastanawiać się, w którym miejscu jest większe prawdopodobieństwo spotkania krokodyla. Jeśli wierzyć tablicom ostrzegawczym, to gdzieś tutaj są. Wolimy jednak uwierzyć Romie, czyli właścicielce pola namiotowego, na którym spaliśmy. Nie widziała krokodyla w okolicy przez ostatnie 20 lat. Dzięki czemu ja doświadczyłam jednej z najlepszych kąpieli w życiu.

Jedziemy dalej na północ. Porównywanie plaż to całkiem niezły sposób spędzania czasu – dni, tygodni, miesięcy. Na samym końcu półwyspu, czyli na Przylądku Leveque pojawia się nowy kolor plażowy. Czerwień! Trzeba dodać do niej jeszcze perłowy z farmy pereł, która znajduje się na południu Danpier i wszystko połączyć z wszechobecny turkusem. Chyba wystarczająco, aby uzbroić się przed środkowoeuropejską pluchą.


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s