I gdzie te malowidła? (czyli jak zdobywaliśmy Gibb River Road, cz. III)

Dzień zaczynamy jak gdyby nigdy nic – staramy się nie pamiętać tego, co się stało, ani nie martwić się tym, co się może wydarzyć, czyli możliwym brakiem benzyny. Po prostu cieszymy się tym, gdzie jesteśmy. Najwyższy więc czas rozpocząć poszukiwania naskalnych malowideł. Przez kilka dobrych godzin penetrujemy okolicę. Miejsc, które nadawałyby się na naturalne galerie odnajdujemy mnóstwo, ale zdaje się, że Aborygeni dokonywali innych wyborów. Fascynujące jest, jakie dzieła w skałach potrafi wymalować woda – feeria kolorów, odcieni i kształtów. Właściwie równie piękne jak dzieło ludzkie. Jednak to nam nie wystarcza, szukamy dalej.

Jedziemy w głąb Gibb River, przybliżając się do Mt Barnett Roadhouse. Marek stara się jechać optymalną prędkością, która zapewni najoszczędniejsze spalanie benzyny. Jest jeszcze i drugi czynnik wyznaczający tempo podróży – korugacje. Rzeczywiście dziś jest ich więcej. Wprawią auto i nas w stan rozklekotania. Po chwili słyszymy poluzowany błotnik przedni, wkrótce potem tylni, a następnie tablicę rejestracyjną. Przed rozpadem ratuje nas drucik, który znaleźliśmy w stercie naszych niezbędnych rzeczy. A do tego udało nam się dojechać do celu, czyli półmetka Gibb River Road. Benzyna oczywiście rekordowo droga, ale każdy był chyba na to przygotowany. Do tego można skorzystać z bankomatu albo całkiem smacznie zjeść. Właściele stacji to małżeństwo z dziećmi. Syn (lat około 13) żali się, że właśnie kończą mu się wakacje i musi wyjechać wkrótce do szkoły. Jego najwcześniejsza edukacja odbywała się przez radio. Ktoś inny próbuje załatwić sobie wywózkę auta. Na pomoc drogową nie ma co liczyć, bo po prostu tutaj nie dojeżdża. Należy mieć więc tylko nadzieję, że w najbliższym czasie jakieś większe auto będzie tędy przejeżdżać. Na parkingu roi się od samochodów-już-prawie-czołgów. Za to brak ledwie-co-samochodów-z-napędem-na-cztery-koła. Jesteśmy z siebie dumni.

Już na zupełnym luzie wracamy. Gdzie będziemy spać, jeszcze nie wiemy. Jednego jesteśmy pewni – nie zaśniemy, jeśli nie znajdziemy jakiegoś Aborygeńskiego malowidła.

Reklamy

Nie chwal dnia przed zachodem słońca, czyli o diable, który jednak okazał się straszny (czyli jak zdobywaliśmy Gibb River Road, cz. II)

Blaski i cienie outbacku wiążą się nie tylko z problemem niekontrolowanego eksplorowania przestrzeni. Kolejna dwuznaczność dotyczy izolacji. Bo jak cudownie być gdzieś w głuszy zupełnie samemu. Tylko, że wtedy trzeba pamiętać, że jest się zdanym wyłącznie na siebie, a kłopoty mogą pojawić się wszelakie…

Szybko zadomawiamy się na naszym uroczym miejscu biwakowym, gdzie możemy zakumplować się co najwyżej ze słodkowodnymi krokodylami – w nocy bardzo łatwo dostrzec je w wodzie, dzięki ich bystro święcącym oczom. Udomowienie przestrzeni – nawet na jeden wieczór – jest bardzo ważne, bo gdy przez tak długi czas jest się ciągle w podróży i wszystko wciąż się zmienia, człowiek trochę tęskni za domem. Nawet nie tym konkretnym, lecz raczej za jakąś namiastką swojskości. Najlepszym na to sposobem jest ognisko, które udomawia przestrzeń. Przy całym chaosie przedmiotów, które trzeba wyciągnąć z auta, aby zrobić kolację bądź przygotować się do snu, ognisko jest takim centrum, które pozwala zachować poczucie porządku i nie zagubić się w tej wielości. Nie raz ognisko dawało nam także znacznie bardziej konkretne korzyści. Na południowej części kontynentu panuje właśnie zima, więc mroźne wieczory i poranki mogliśmy przetrwać jedynie grzejąc swoje kości przy płomieniach.

I ten wieczór koncentruje się wokół ognia, który świetnie komponuje się z otaczającą nas ciszą i pustką. Robi się już naprawdę późno, kiedy słyszymy przejeżdżający drogą samochód. Jego długie światła oświetlają nas, brutalnie przerywając tę namiastkę intymności. Samochód nieco zwalnia, a mężczyzna siedzący za kierowcą zaczyna coś wykrzykiwać i wygrażać w naszą stronę. Po chwili samochód odjeżdża.

Cisza i pustka. Konfuzja.

Do tej pory nigdy w Australii nie spotkaliśmy się z chamstwem czy agresją. Zapewne, jak wszędzie, istnieje, ale nie tworzy kolorytu codzienności ani charakteru narodowego. Wręcz przeciwnie. Ludzie są mili. Mało w tym jednak anglosaskiej kurtuazji i uprzejmości, a znacznie więcej autentycznej serdeczności. Jedyną pozostałością po brytyjskich dobrych manierach jest zadawane nieustannie przez wszystkich pytanie – How is it going? Z roku na rok staje się ono coraz krótsze, a obecnie brzmi już bardziej jak pozdrowienie niż pytanie, na które ktokolwiek oczekuje odpowiedzi. Rzucane w przelocie do znajomych, sprzedawczyń, bibliotekarek, taksówkarzy i wszystkich tych, z którymi los nas złączył chociaż na kilka sekund. I to chyba jedyna powierzchność australijskie codzienności. Reszta relacji oparta jest na tolerancji, otwartości i gotowości do pomocy.

Pierwszy raz poczułam podczas tej podróży strach, wywołany przez człowieka. A jeśli tu wrócą? Przecież jesteśmy zupełnie sami. Spakowaliśmy się, zgasiliśmy ogień i pojechaliśmy na najbliższy 24 godzinny parking (jest ich na Gibb River Road kilka), gdzie w spokoju spędziliśmy noc w sąsiedztwie kilkunastu innych podróżnych.

Nie taki diabeł straszny, czyli jak zdobywaliśmy Gibb River Road, cz. I

Wybieramy rozwiązanie kompromisowe, podyktowane przez rozsądek zmieszany z ciekawością. Postanawiamy zakosztować przygody Gibb River Road namiastkowo i ostrożnie. Zwycięża mało odkrywcza myśl, że nie byłoby nam na rękę, jeśli nasz ledwie-co samochód z napędem na cztery koła zostałby tu na zawsze. Wjeżdżamy więc na Gibb River od strony zachodniej, po to, aby zjechać z niej po 125. kilometrze, na drogę łączącą się z autostradą na południu Kimberley. Poza inną jakością jazdy można na autostradzie bez problemu zatankować i kupić jedzenie, czyli mieć to, co na Gibb River Road jest w deficycie – jedynym pewnym punktem z benzyną na całej trasie jest Mt Barnett Roadhouse, znajdujący się niemalże w połowie drogi. Na wszystkich innych – mniej lub bardziej tymczasowych stacjach – nie ma gwarancji, że dostanie się cokolwiek innego niż olej napędowy. Najlepiej więc nie ryzykować, tylko wziąć ze sobą kanister. Jazda, nawet ze sporymi, zapasami paliwa na dachu to na Gibb River Road oraz wielu innych „offowych” drogach Australii, normalny widok. Ale to nie nasze zmartwienie, my paliwa mamy na jakieś 300 kilometrów, czyli tyle, że spokojnie wystarczy nam do Fitzroy Crossing – pierwszej miejscowości po zjechaniu na autostradę. I tym razem nie zbrudzimy naszego nowiutkiego pojemnika na benzynę, którego i tak nie mielibyśmy gdzie zamontować, jeśli wypełniłby się jakąkolwiek cieczą. Plan jest więc jasny i prosty.

Pozornie. Pierwsze kilometry Gibb River Road zaskakują nas. Droga jest znacznie lepsza od wielu tras nieasfaltowych, po których mieliśmy okazję jeździć podczas tej wyprawy. Hmm, w powietrzu zawisa lekka konfuzja pomieszana z przekonaniem, że to pewnie za chwilę się skończy. Ale konfuzja narasta wprost proporcjonalnie do przejechanych kilometrów. Bo nie jest gorzej. Dojeżdżamy do rozjazdu na południe. Prosty i jasny plan legł w gruzach – bo jak nie kontynuować, kiedy droga całkiem niezła??? Postanawiamy pojechać jeszcze kilkanaście kilometrów, a następnie zawrócić, tym bardziej, że zaczyna zachodzić już słońce. Argument szybko obraca się w swoją negację – schodzące za horyzont słońce zostawia za sobą złotoczerwoną łunę, zamieniając okolice w baobabowe królestwo. Wjeżdżamy w nie coraz głębiej. Dalej mijamy skaliste ściany rezerwatu King Leopold Ranges, które równie mocno działają na wyobraźnię.

Zapada zmrok, a my już przejechaliśmy tyle drogi, że nie starczy nam, aby wrócić do Fitzroy Crossing. Ale to nie przez nieuwagę. To przez tę niezwykłą i intrygującą przestrzeń. Myśl, że tę noc i kolejny dzień spędzimy gdzieś na Gibb River Road, niemal opętuje nasze umysły. Nawet brak pewności, czy starczy nam paliwa, aby dotrzeć do Mt Barnett Roadhouse, nie jest w stanie zepsuć nam nastrojów. Nic nie jest w stanie nam ich zepsuć. Jesteśmy przecież na Gibb River Road!!!

Udaje nam się znaleźć bardzo urocze miejsce noclegowe nieopodal drogi – przy brzegu rzeki, która o tej porze roku przypomina raczej strumień, chociaż za kilka miesięcy pewnie rozleje się po całej okolicy. Zasady noclegownia na Gibb River Road nie są jasno określone, więc wieczorem można zobaczyć z drogi palące się ogniska. No, ale każdy kij ma dwa końce. Swoboda w wybieraniu miejsc powoduje, że na takim biwaku „na dziko” co najwyżej można znaleźć palenisko, będące pozostałością po poprzedniku-podróżniku. Dlatego trzeba być przygotowanym także na inne pamiątki – jak np. papier toaletowy. Łatwo chyba sobie wyobrazić, że ta plaga, której od wielu lat nie udało się opanować, wprowadza ogromny dysonans. Niestety tak chyba będzie dopóki obszar Gibb River Road nie zostanie objęty ochroną (obecnie podlega jej jedynie King Leopold Ranges) lub nie powstanie lepsza infrastruktura. Ale wtedy to już nie będzie Gibb River Road.

Gibb River Road – jechać czy nie jechać, oto jest pytanie!

Gibb River Road to stara pasterska droga, licząca sobie 660 km. Rozcina na dwie części położony na północy Australii region – Kimberley. Trasa zaczyna się w Derby, a kończy w Kununurra. Dziś to jedna z największych atrakcji Australii. Aby jednak jej zakosztować, potrzebny jest wytrzymały samochód terenowy z kierowcą i pasażerami lubiącymi ryzyko… Stanowczo odradza się podróżowania, jakże popularną w Australii, przyczepą campingową. Skorugowana droga sprawia, że jazda wymaga ogromnego skupienia i refleksu w reagowaniu na wszelkie nieprzewidziane ruchy samochodu, o jakie w tych warunkach bardzo łatwo. Jeśli dodamy do tego kurz, który wiruje w powietrzu za każdym razem, gdy mijamy się z autem, skutecznie obniżając do zera widoczność, to dostajemy wstępną charakterystykę podróży. Wstępną. Znacznie bardziej nieprzewidywalnym elementem jazdy są przecinające drogę od czasu do czasu potoki i rzeki. Nawet w porze suchej mogą osiągać wysoki poziom.

Niektóre auta nie wytrzymują tej próby, na jaką wystawia je Gibb River Road. Porzucone na poboczach samochody, znajdując się w różnym stadium rozkładu, urozmaicają podróż, przypominając równocześnie, że to nie zabawa.

Planując podróż należy pamiętać, że próby sforsowania drogi mogą być podejmowane tylko w porze suchej. Podczas pory deszczowej – od listopada do marca – Kimberley pokrywa woda, a Gibb River Road zamykana jest na cały ten czas. W podróżowaniu przez Gibb River Road chodzi jednak o coś znacznie więcej niż drogę i podwyższoną adrenalinę. Chodzi przede wszystkim o to, co po drodze, czyli Kimberley. To niezwykła kraina, która działa na wyobraźnię Australijczyków jak i podróżników, którzy przybyli z odległych kontynentów. Zamieszkiwane przez Aborygenów od ponad 40 tysięcy lat, a więc od początków ich osadnictwa w Australii, kryje w sobie najcenniejsze ślady tej starej kultury – naskalne malowidła. Przypuszcza się, że znajduje się tu największy w Australii niezbadany i nieskatalogowany zbiór naturalnych galerii. Najstarsze dzieła, zwane wczesnymi figurami Bradshawa, niektórzy datują nawet na 50 tysięcy lat. Tak, tak, czyli na okres jeszcze przed przybyciem Aborygenów! Hipotezy na temat pochodzenia i datowania dzieł rozpalają umysły wielu. Eksplorowaniu sztuki naskalnej w Kimberley towarzyszy więc aura tajemniczości i poczucie autentycznego odkrywania.

Smaczku dodaje jeszcze fakt, że bardzo trudno zdobyć informacje na temat usytuowania naskalnych dzieł. Przewodniki i atlasy tylko wspominają o bogactwie sztuki Aborygeńskiej w Kimberley, bez wskazywania jednak konkretnych miejsc. Niechętnie mówią o tym także lokalni biali, podkreślając, iż nie chcą wykorzystywać tych miejsc jako turystycznych atrakcji.

I nawet jeśli znaleźlibyśmy wystarczająco dużo czasu, aby spenetrować naskalną sztukę Kimberley, to wciąż stanowiłoby to nie lada wyzwanie. Przy samej Gibb River Road znajduje się najprawdopodobniej kilkanaście Aborygeńskich naturalnych galerii. A całej reszty należy szukać zbaczając z drogi, głównie na północ. Aby zrozumieć co to oznacza, warto spojrzeć na mapę Kimberley. Dróg odchodzących od Gibb River Road jest naprawdę niewiele, a większość z nich nadaje się raczej dla czołgów niż samochodów terenowych. Cała reszta to dziewicze tereny, do których można dolecieć jedynie helikopterem. I to nie zawsze – bo w porze deszczowej przyroda staje się prawie całkiem niedostępna dla człowieka.

Ale przestrzeniach Kimberley to już zupełnie inna historia…