Nie chwal dnia przed zachodem słońca, czyli o diable, który jednak okazał się straszny (czyli jak zdobywaliśmy Gibb River Road, cz. II)

Blaski i cienie outbacku wiążą się nie tylko z problemem niekontrolowanego eksplorowania przestrzeni. Kolejna dwuznaczność dotyczy izolacji. Bo jak cudownie być gdzieś w głuszy zupełnie samemu. Tylko, że wtedy trzeba pamiętać, że jest się zdanym wyłącznie na siebie, a kłopoty mogą pojawić się wszelakie…

Szybko zadomawiamy się na naszym uroczym miejscu biwakowym, gdzie możemy zakumplować się co najwyżej ze słodkowodnymi krokodylami – w nocy bardzo łatwo dostrzec je w wodzie, dzięki ich bystro święcącym oczom. Udomowienie przestrzeni – nawet na jeden wieczór – jest bardzo ważne, bo gdy przez tak długi czas jest się ciągle w podróży i wszystko wciąż się zmienia, człowiek trochę tęskni za domem. Nawet nie tym konkretnym, lecz raczej za jakąś namiastką swojskości. Najlepszym na to sposobem jest ognisko, które udomawia przestrzeń. Przy całym chaosie przedmiotów, które trzeba wyciągnąć z auta, aby zrobić kolację bądź przygotować się do snu, ognisko jest takim centrum, które pozwala zachować poczucie porządku i nie zagubić się w tej wielości. Nie raz ognisko dawało nam także znacznie bardziej konkretne korzyści. Na południowej części kontynentu panuje właśnie zima, więc mroźne wieczory i poranki mogliśmy przetrwać jedynie grzejąc swoje kości przy płomieniach.

I ten wieczór koncentruje się wokół ognia, który świetnie komponuje się z otaczającą nas ciszą i pustką. Robi się już naprawdę późno, kiedy słyszymy przejeżdżający drogą samochód. Jego długie światła oświetlają nas, brutalnie przerywając tę namiastkę intymności. Samochód nieco zwalnia, a mężczyzna siedzący za kierowcą zaczyna coś wykrzykiwać i wygrażać w naszą stronę. Po chwili samochód odjeżdża.

Cisza i pustka. Konfuzja.

Do tej pory nigdy w Australii nie spotkaliśmy się z chamstwem czy agresją. Zapewne, jak wszędzie, istnieje, ale nie tworzy kolorytu codzienności ani charakteru narodowego. Wręcz przeciwnie. Ludzie są mili. Mało w tym jednak anglosaskiej kurtuazji i uprzejmości, a znacznie więcej autentycznej serdeczności. Jedyną pozostałością po brytyjskich dobrych manierach jest zadawane nieustannie przez wszystkich pytanie – How is it going? Z roku na rok staje się ono coraz krótsze, a obecnie brzmi już bardziej jak pozdrowienie niż pytanie, na które ktokolwiek oczekuje odpowiedzi. Rzucane w przelocie do znajomych, sprzedawczyń, bibliotekarek, taksówkarzy i wszystkich tych, z którymi los nas złączył chociaż na kilka sekund. I to chyba jedyna powierzchność australijskie codzienności. Reszta relacji oparta jest na tolerancji, otwartości i gotowości do pomocy.

Pierwszy raz poczułam podczas tej podróży strach, wywołany przez człowieka. A jeśli tu wrócą? Przecież jesteśmy zupełnie sami. Spakowaliśmy się, zgasiliśmy ogień i pojechaliśmy na najbliższy 24 godzinny parking (jest ich na Gibb River Road kilka), gdzie w spokoju spędziliśmy noc w sąsiedztwie kilkunastu innych podróżnych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s