Wychodzenie z jaskini…, czyli dokąd prowadzi Tunnel Creek

A dziś nareszcie coś dla wszystkich nie dających sobie rady z upałem. Wyprawa do Parku Narodowego Tunnel Creek. Główna jego atrakcja to 750-metrowy, biegnący wzdłuż jaskini, tunel, w którym brodzi się momentami aż po pas w wodzie. Atrakcja to może i główna, ale nie jedyna. Na tych najtrwalszych, którzy dojdą do jego końca, czeka nie tylko słońce i przestrzeń. Jeśli tylko ujść kilka kroków i dobrze się rozejrzeć, to łatwo odnaleźć na skałach niezwykłe Aborygeńskie malowidła. No właśnie, jeśli. Postanowiłam posiedzieć sobie nieopodal takiej naskalnej galerii i policzyć „odwiedzających”. Przez pół godziny nie pojawił się tu nikt, chociaż do nieodległego wylotu jaskini dotarło wielu.

Nie mam gotowej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało. Być może to brak wzmianki o malowidłach na tablicach informacyjnych przy wejściu do parku narodowego? Albo bardzo pobieżna informacja na ich temat w najbardziej znanym atlasie podróżniczym o Kimberley? Bo tak jak powszechnie wiadomo, że Kimberley to prawdziwe królestwo Aborygeńskiej malowideł naskalnych, tak to, gdzie one się znajdują, jest już wiedzą ekskluzywną, której celowo się nie rozpowszechnia.

Trudno mieć o to jednak do kogokolwiek pretensje. Bo większość skalnych galerii związana jest z Aborygeńskim kultem – opartym na znaczeniu tego konkretnego miejsca i malowidła, będących nośnikami fundamentalnych sensów i mocy. A przekazywanie potomnym tych wszystkich znaczeń – i to w niezmiennionej formie – odbywa się właśnie poprzez odnawianie malowidła. Jest więc to czynność, która daleko wykracza poza działania czysto renowacyjne i estetyczne.

Dlatego tak ważne jest ich trwanie i ochrona przed ingerencją zewnętrzną – między innymi ludzi, którzy nie są w stanie zrozumieć (i doświadczyć) siły miejsca. Czy służą temu, często widoczne w Kimberley, zakazy wstępu pod karą wysokiej grzywny na jakiś teren? Tego nie jestem pewna. Wiem natomiast, że czasem trzeba stanąć przed dylematem – zaspokoić własną ciekawość czy uszanować obcą tradycję.

Reklamy

Łagodny jak krokodyl (słodkowodny)

A my jedziemy dalej, po naszej niepełnej pętli. I nadal jest strasznie gorąco. Do australijskiego upału nie sposób się przyzwyczaić, co najwyżej można od niego uciec – zaszywając się, gdzieś w cieniu (gdzie jest niewiele chłodniej) w oczekiwaniu na wieczór, gdy temperatura spadnie do kilku stopni, albo podróżując od billabonga do billabonga – bo tak nazywają się dziury wodne w języku Aborygeńskim. A chętnych na nie jest wielu – billabongi bardzo lubiane są także przez… krokodyle. Jedna z najbogatszych ich populacji w Kimberely znajduje się w Parku Narodowy Windjana Gorge. Żyje ich tam setki, co najlepiej zaobserwować rankiem, kiedy wychodzą na brzeg wody, aby wygrzewać się na słońcu – nawet przez kilka godzin. A przez ten cały czas tkwią w kompletnym bezruchu. I nawet wścibscy turyści nie są w stanie wyprowadzić ich z tego stanu długotrwałej równowagi… Bo to emanujące łagodnością – gdy zachowa się wobec nich odpowiedni dystans i spokój – krokodyle słodkowodne.

W przeciwieństwie do ich słonowodnych krewnych, których lepiej omijać szerokim łukiem. Tak jak krokodyle słodkowodne, występują licznie w północnej części Australii. Szczególnie upodobały sobie rzeki przepływające przez Park Narodowy Kakadu, które nazwane zostały na ich cześć: East Alligator River, South Alligator River, West Alligator River. A że park jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc, czasem rozbrzmiewa w mediach wiadomość o tym, jak jacyś turyści utknęli samochodem w rzece pełnej krokodyli.

Wypadków śmiertelnych spowodowanych atakiem krokodyli jest jednak rocznie zaledwie kilka, podobnie jak wywołanych ugryzieniem pająka czy ukąszeniem węża. Gdy podróżuje się po Australii, po prostu trzeba oswoić się z myślą, że czasem przetnie nam ścieżkę jadowity wąż, a w wodnym oczku zalśnią oczy głodnego krokodyla.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

„O sztuce, która ma wiele form i dwie strony medalu” – wywiad z Wojciechem Pietranikiem

Sport w ostatnich dniach wywołuje sporo negatywnych emocji, a sława „basenu narodowego” roznosi się także poza granice kraju. Tych którzy mają już dość tej narodowej debaty i poszukuję dobrych wieści, zapraszam do przeczytania zamieszczonej w dziale „Osobowości” rozmowy z artystą Wojciechem Pietranikiem: „O sztuce, która ma wiele form i dwie strony medalu”. A wywiadzie między innymi o dobrej sławie, jaką artysta przyniósł Polsce – daleko poza jej granicami – bo na Igrzyskach Olimpijskich w Sydney.

Niedomknięta pętla Kimberley

No to wracam do opowieści o przestrzeni australijskiej z perspektywy własnej. Bo to też czas, aby wracać, a właściwie zawracać. Szczęśliwie dojechaliśmy do połowy Gibb River Road – Mt Barnett Rodahouse (punkt B), ale dalej postanawiamy nie ryzykować. Są takie momenty w podróży, kiedy nieznane przegrywa ze znanym.

Jazda powrotna po korugacjach emocjonuje nas już znacznie mniej, więc zaliczamy też i przydrożne atrakcje, czyli spektakularne przełomy rzek: Galvans Gorge, Adcock Gorge, Lennard River Gorge. Przy 35 stopniowych upale radują nie tylko oczy, ale i ciało. Cieszy także widok pojawiających się kwiatów – już wkrótce zmienią nie do poznania krajobraz całej Zachodniej Australii.

Wracamy do pierwotnego planu podróży – zjeżdżamy z Gibb River Road przy Napier Downs w kierunku autostrady nr 1, aby zaliczyć po drodze kilka największych atrakcji regionu, bynajmniej o znaczeniu wykraczającym daleko poza region, czyli Park Narodowy Windjana Gorge, Park Narodowy Tunnel Creek oraz, według niektórych najbardziej niesamowite miejsce w Australii, znajdujący się na Liście Światowego Dziedzictwa Unesco – Park Narodowy Purnululu. A na koniec planujemy ponownie wjechać od strony wschodniej na Gibb River Road, penetrując ją co najmniej przez kilkadziesiąt kilometrów.

Dla tych, którzy mają ograniczone środki lub czas, wybór tego, co zwiedzać w Kimberely może być trudny. Na przejechanie przez całą Gibb River Road bądź alternatywnej autostrady nr 1 z wszystkimi jej atrakcjami, trzeba poświęcić około dwóch tygodni. A wybór nie jest jedynie związany z kwestią jakości drogi i wynikającego stąd ryzyka. Wiąże się on także z dylematem, czy podróżować do miejsc, które zostały już formalnie uznane za wyjątkowe, a przez to dobrze opisane i zmapowane, czy raczej na własną rękę odkrywać mniej popularne przestrzenie, niewykluczone że tak samo niezwykłe. Tylko wtedy trzeba pamiętać, że jest się zdanym na samego siebie i na to, co wiezie się w swoim aucie (a potem niesie w plecaku). I wtedy lepiej nie zapomnieć kompasu i apteczki!

My podróżując po Kimberley wybraliśmy opcję pośrednią. Niedomknięta pętla w Kimberley działa jednak na naszą wyobraźnię i potęgującą pragnienie powrotu…

Wywiad z Anią Walwicz

Zaskoczyła mnie ilość Polski w Australii. To obecność tworzona przede wszystkim przez ludzi, a raczej osobowości, które będę chciała prezentować równolegle na blogu. Zapraszam więc do właśnie uruchomionego działu „Osobowości”. A na początek wywiad z Anią Walwicz – autorką m.in. wiersza „Poland”. Rozgłos przyniósł jej jednak, przez niektórych uznany za obrazoburczy, wiersz „Australia”.

The Canning Stock Route – więcej niż jedna historia

Jedną z perspektyw widzenia przestrzeni w sztuce Aborygeńskiej jest patrzenie z góry. Jednak nie rozumiane jako dystans – wręcz przeciwnie. Na malowanych z perspektywy lotu ptaka obrazach przedstawiane jest to, co dla człowieka w przestrzeni najważniejsze i dobrze poznane – w jego codziennej rzeczywistości. Dlatego jednym z często powracających w sztuce Aborygeńskiej motywów jest woda. Niezależnie od swojej formy – czy to strumień, wodospad, oczko wodne, jezioro – ma fundamentalne znaczenie dla przetrwania. Jako warunek istnienia wyznacza więc sacrum – nie abstrakcyjne, lecz związane z konkretnym miejscem.

Malowane z tej perspektywy obrazy Aborygeńskie są więc swoistymi subiektywnymi mapami życiowej przestrzeni, w której sacrum i relacje geograficzne przenikają się. Zbiór takich niezwykłych map został zgromadzony na jednej z najważniejszych współczesnych wystaw poświęconych Aborygeńskiemu malarstwu: The Canning Stock Route. Tytuł wystawy pochodzi od nazwy drogi, której budowa rozpoczęła się na początku XX wieku. Ta prawie 2000 km trasa powstała jako trakt do przepędzania bydła, będąc najdłuższą tego typu na świecie. Ciągnie się od miejscowości Wiluna – na południowym-zachodzie kontynentu, a kończyła w Halls Creek na północy. Zebrane na wystawie dzieła zostały namalowane przez potomków tych, dla których The Canning Stock Route znaczyła coś zupełnie innego niż ogromne przedsięwzięcie infrastrukturalne.

Bo The Canning Stock Route mogłaby być tytułem dwóch różnych opowieści. Z jednej strony jej budowa miała znaczenie dla rozwoju młodego osadnictwa białych, z drugiej strony wywarła ogromny wpływ na, życie zamieszkujących tu Aborygenów – niezakłócone nigdy dotąd przez białych. Bardzo dobrze napięcie między tymi dwiema historiami oddaje studnia. Bo tylko dzięki budowanym na trasie w odpowiednich miejscach studniom możliwe było zrealizowanie  całego przedsięwzięcia. Studnia – źródło wody – stała się więc przedmiotem konfliktu i symbolem starcia się dwóch kultur. A w jego efekcie wielu Aborygenów musiało opuścić swój ląd („ląd” w sensie przenośnym, gdyż w sensie formalnym należał on do korony brytyjskiej), a wielu pozbawionych zostało wolności.

W ostatnich latach The Canning Stock Route nabrała zupełnie innego znaczenia. Od kilkudziesięciu lat nie przbędza się tędy już bydła – droga okazała się znacznie mniej popuarlna niż zakładano. Za to cieszy się popularnością wśród najodważniejszych podróżników, bo z panującymi tu warunkami – niedostatek wody, brak jakiejkowliek infrastruktury, bardzo zła jakość drogi (brak asfaltu) –  mogą poradzić sobie tylko nieliczni. Mam nadzieję, że i mnie kiedyś to się uda.

A póki co zapraszam do wirtualnej wędrówki po The Canning Stock Route – z Aborygeńskiej perspektywy:
wirtualny spacer po wystawie

Sztuka miejsca, czyli króciutki wstęp do sztuki Aborygeńskiej

Nie istnieje jedna sztuka Aborygeńska. Ma ona wiele swoich odmian, odzwierciedlając zróżnicowanie panujące wśród Aborygenów. Podzieleni na kilkadziesiąt grup, posługują się odmiennymi językami.
źródło: http://www.reconciliationsa.org.au/learn%20map.html

Zawsze jest to jednak język mówiony i do dziś kultura Aborygeńska nie stworzyła żadnych dzieł spisanych. Tym co najtrwalsza i najstarsze w tej kulturze jest więc sztuka naskalna. Brak przekazu pisemnego utrudnia jednak dokładne skodyfikowanie i ustalenie wieku Aborygeńskich dzieł rozsianych po całym kontynencie.

To co charakteryzuje tę sztukę, to jej ścisły związek z miejscem, czyli tym co najważniejsze w życiu Aborygenów. Miejsce należy jak najlepiej poznać, zrozumieć i oswoić – zdobyć wiedzę o trujących roślinach i najsmaczniejszych partiach mięsa, żyjących w okolicy gatunków żółwi czy ryb. Strzec się złych duchów, postępować zgodnie z obowiązującym prawem i respektować obowiązujące mity. Tę bezcenną wiedzą wymalowywano więc na skałach.

Doskonały przykład tego typu malarstwa znajdziemy m.in. w, położonym na północy nieopodal Darwin, Parku Narodowym Kakadu (a szersza relacja z wizyty w Kakadu w kolejnych wpisach).