Najdłuższe 52 km w życiu, czyli droga do Purnululu

Po tym jak przez ostatnie kilka dni wytrzęśliśmy się na szrutowych, pofałdowanych korugacjami drogach Gibb River Road wjazd na drogę asfaltową – autostradę nr 1 – jest dla nas nie lada luksusem i szansą na poskładanie rozklekotanych ciał i dusz. Teraz już wszystko musi pójść gładko… Następny przystanek to jedna z największych atrakcji Australii, czyli Park Narodowy Purnululu (zwany też Bungle Bungle), znajdujący się na światowej liście UNESCO. Uzupełniamy więc po drodze zapasy wody, jedzenia, paliwa i w drogę.

No właśnie, w drogę. Aby dostać się do parku, trzeba ponownie zjechać z autostrady na nieutwardzoną drogę, która po 52 km ma zawieźć nas do celu. Nasza wielotygodniowa dyskusja pod tytułem „jechać czy nie jechać Gibb River Road” zdominowała planowanie w sferze ryzyka, na tyle, że innych niebezpieczeństw już wcale nie braliśmy pod uwagę. Błąd w sztuce – i to niemały. Droga do Purnululu, której nie ma nawet na mapie google, okazuje się najbardziej niebezpiecznym i stresującym odcinkiem podczas całej naszej dotychczasowej podróży.

Ja oświadczam, że dalej nigdzie nie jadę, że wysiadam, że wracam do domu – na widok mijanych po drodze rozlewisk. Być może dla niektórych są to zaledwie kałuże. Tylko, że kalosze nic tu nie pomogą. Czasem jest to stojąca jeszcze od pory deszczowej woda, a czasem po prostu rzeka, na której nikt nie ma zamiaru (na szczęście!) wybudować mostu. Niezależnie od genezy czy kwalifikacji gatunkowej przejazd przez wodę zawsze wiąże się z ryzykiem zalania auta, a na dokładkę można w takim miejscu łatwo utknąć, a przy odrobinie pecha przebić oponę. Bo dno jest bardzo nierówne i kamieniste. Tylko jak zmienia się koło samochodu do połowy zanurzonego w wodzie??? Na suchych odcinkach szansa złapania kapcia jest jeszcze większa w gąszczu ostrych kamieni sterczących na powierzchni drogi.

Jedynie raz mamy możliwość skorzystać z drogi alternatywnej – po obrzeżach kałuży. Poza nami żaden z kierowców nie decyduje się na taki krok… Wszyscy z wielkim zadowoleniem ładują się swoimi autami przez środek wody, która podchodzi momentami pod szyby samochodu. River crossing, bo tak nazywa się ten „sport”, jest tym, czego w tej podróży nie znoszę. Bo w ułamku sekundy cała wyprawa i przygoda może się zakończyć – w mętnej wodzie po pas. Za każdym razem, gdy przeprawiamy się na drugi brzeg, już niemalże czuję jak woda muska podeszwy moich butów. I nieruchomieje, pytając – Czy to już? Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że panowie (dla uściślenia, na kilkadziesiąt mijanych po trasie do i z Purnululu aut tylko dwa prowadzone były przez kobiety), sterujący swoimi wielkimi maszynami, mają inny stosunek do tej dyscypliny. I nie wiem, czy chodzi tylko o to, że zawieszenia ich wspaniałych samochodów są nieco wyższe niż naszej Suzi (co czasem zresztą dają nam odczuć, kierując w naszą stronę nieco pobłażliwe spojrzenia…)?

No właśnie, zaczynam zdrabniać nazwę naszego auta. Przeszło doskonale – jak na swoje możliwości – dotychczasowy egzamin, pozytywnie nas rozczarowując. A do tego, kiedy to konieczne jest domem, ucieczką przed nieprzespaną nocą. No i mieści w sobie nasze najdziwniejsze skarby, bez których nie obeszlibyśmy się podczas podróży. Od niej zależy bardzo wiele, a czasem wszystko. I dlatego zaczynam myśleć o niej niemalże osobowo. Suzi, nie zawiedź i tym razem, prosimy!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s