Podróżniczy traktacik o szczęściu

Suzi nie zawiodła. Docieramy do Parku Narodowego Purnululu po prawie trzech godzinach jazdy, czyli akurat w niemożliwie upalne południe. Łatwo obliczyć, jaki średnio dystans pokonywaliśmy przez godzinę – 17 km. Na miejscu postanawiamy wynagrodzić sobie trud podróży, kupując w tutejszym biurze parku narodowego, będącym zarazem informacją turystyczną, chłodzone bezalkoholowe piwo imbirowe. To jeden z ulubionych napojów Australijczyków na trudne upalne dni. Smak pierwszych łyków przynosi nieopisaną przyjemność. Bo opisać się nie da tego, czego doświadcza w takich chwilach człowiek, którego lodówka straciła własności chłodzące. A to właśnie przytrafiło się nam kilka dni temu. Podczas jazdy zwykliśmy podłączać ją do gniazda zasilania znajdującego się na tyle samochodu, a w przerwach wspomagaliśmy kostkami lodowymi. Ale to już przeszłość. Wzbogaceni o kolejny pojemnik na jedzenie, przerzucamy się na suchy prowiant. I o ile dość łatwo przyzwyczaić się do herbatników i masła orzechowego, to znacznie trudniej przywyknąć do picia ciepławych napoi w upale.

Ale tak to jest w podróży, że odczuwanie szczęścia jest czymś niezwykle dynamicznym. Bardzo łatwo może przybrać ono całkiem nowy wymiar. A właściwe spaść do nowego wymiaru – radości czerpanej z czynności najzwyklejszych, w poprzednim życiu codziennych i rutynowych. W tej samej grupie plasuję kąpiel pod prysznicem, o kąpieli pod prysznicem z gorącą wodą nie wspominając!

Tego wszystkiego nie będziemy mieć jednak przez najbliższe dwa dni. Decydujemy się na wędrówkę w głąb Purnululu – do Piccaninny Gorge. Nie oznakowana trasa, ograniczony dostęp do pitnej wody, brak nawet podstawowej infrastruktury noclegowej, dają szansę, na to, że będziemy sami w sercu Purnululu. Przed rozpoczęciem wędrówki trzeba się jednak zarejestrować w specjalnej na tę okazję książce. Pani pracująca w biurze parku, która przed chwilą sprzedawała nam imbirowe piwo, spogląda na nas z niedowierzaniem. Natychmiast zostajemy poinformowani, ile litrów wody powinno przypadać w takim upale na jedną osobę i dokładnie opisuje jedyny punkt po drodze, z którego można czerpać wodę pitną. Bardzo pomocna w zidentyfikowaniu miejsca okazuje się mapa, którą wyciąga „spod lady”. Ukryta, chyba po to, aby nie kusiła zbyt wielu. Wcześniejsza wiedza o szlaku jako pierwsze kryterium selekcji? Czemu nie. (Ogólnodostępna broszura nie uwzględnia szlaku do Piccaninny Gorge: broszura).

Trasa nie jest pętlą, więc tylko od nas zależy, jaką będzie miała długość. Najważniejsze, aby dotrzeć do opisanego oczka wodnego. Zamiast 8 litrów zamierzamy bowiem wziąć tylko 3, bo musimy też zabrać ze sobą inne niezbędne rzeczy – między innymi namiot i śpiwory. Pani ostrzega, że temperatura w nocy może spaść nawet do zera. Brzmi nieprawdopodobnie, ale jesteśmy pokorni i przezorni. Nie ma żartów. Na koniec zostajemy poinformowani o obowiązku wyrejestrowanie się z książki po powrocie.

No to w drogę. Jest 13.00. A ja już nie mogę się doczekać aż zajdzie to bezlitosne słońce…

Reklamy

2 thoughts on “Podróżniczy traktacik o szczęściu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s