Sucha pora w Piccaninny Gorge

Nikogo nie spotykamy po trasie. Nikt nie zdecydował się nawet na jednodniową wędrówkę. Trudno się dziwić. Raczej należy dziwić się nam. Z drugiej strony rezygnacji z wejścia w głąb Bungle Bungle (tak inaczej nazywa się Purnululu, obie nazwy są pochodzenia Aborygeńskiego) nie darowalibyśmy sobie chyba do końca życia…

Szlak jest szeroki. Podłoże momentami skaliste, przybiera fantastyczne formy. W innych miejscach pod nogami tylko piasek – zdecydowanie lepszym obuwiem byłyby w takich chwilach sandały, a nie buty górskie. Staramy się więc minimalizować wysiłek. Czasem nadkładamy drogi, aby iść odcinkami w cieniu i po twardym podłożu. Oszczędzanie sił zaczyna mieć coraz większe znaczenie – wprost proporcjonalne do rosnącego pragnienia. Wodę pijemy ostrożnie, każdy łyk przetrzymując w ustach trochę dłużej niż zwykle. Po pięciu godzinach wędrówki powinniśmy dojść do Black Rock Pool z pitną wodą.

Około 18 robi się nieco chłodniej. Wchodzimy w końcu w kanion, w którym temperatura przyjemnie spada o kilka stopni. Jeszcze tylko znaleźć oczko wodne. Marek po raz kolejny zapewnia mnie, że według niego zdjęcie Black Rock Pool zamieszczone w folderze jest bardzo charakterystyczne i łatwo rozpoznawalne. Chcę mu wierzyć.

Wierzę mu – zaczynam brać coraz większe łyki, nie zważając na to, ile wody jeszcze zostało. Przecież mamy 250 ml mleka, wodę z puszki z tuńczykiem, dwie mandarynki. No i tabletki odkażające wodę – staram się jakoś tłumić swoje wyrzuty sumienia. Póki co mijamy jednak tylko brudne kałuże, pozostałości po porze deszczowej. Znacznie dobitniejszym dowodem na to, że jest tu zupełnie inaczej, gdy pada deszcz, są dziesiątki małych ryb duszące się w tych kałużach. Okrutna przyroda.

Oby nas potraktowała łagodniej.

Potraktowała. Black Rock Pool okazuje się rzeczywiście bardzo charakterystycznym miejscem. Pięknym miejsce, niemalże idealnym… także do kąpieli. Oczywiście obowiązuje kategoryczny zakaz pływania. Właściwie to mało mnie obchodzi, czy ktoś go ostatnio złamał. Nabieramy wodę w butelki i idziemy dalej.

Teraz możemy już w pełni cieszyć się obecnością w sercu Bungle Bungle. Od tego punktu, zgodnie z wytycznymi parkowymi, dozwolone jest biwakowanie w dowolnym miejscu. Wraz z dostawą życiodajnego płynu otwierają się w nas, skrywane do tej pory gdzieś głęboko, nowe zapasy energii. Postanawiamy iść jeszcze dalej. Zgodnie z naszą logiką, im więcej przejdziemy dziś, tym mniej będziemy mieli do przejścia jutro – chociaż trasa nie jest pętlą, i możemy skończyć ją w dowolnym momencie. Chcemy jednak podczas tej wyprawy dotrzeć do końca kanionu, położonego jakieś 15 km od punktu początkowego.

Zaczyna robić się ciemno, ale dla wyboru miejsca biwakowego nie ma to żadnego znaczenia. W końcu niebo z każdego punktu w Bungle Bungle wygląda równie pięknie, a wieczorna herbata smakuje tak samo wyśmienicie. Chwilo trwaj!

Reklamy

1 thought on “Sucha pora w Piccaninny Gorge

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s