Kontrolując niekontrolowalne

Po trzech dniach opuszczamy Bungle Bungle. Cali, chociaż nie do końca zdrowi. Moja twarz i szyja wyglądają jak poparzone, jestem mocno opuchnięta, a do tego sucha skóra zaczyna się potwornie marszczyć. Przez jeden dzień zestarzałam się o jakieś 40 lat.

Zamiast planowanego ponownego wjazdu na Gibb River Road – tym razem od strony wschodniej – decydujemy się na kurs do pierwszej lepszej miejscowości, w której będzie szansa na aptekę. Czyli oddalone o 300 km od Bungle Bungle – miasteczko Kununurra. Mam nadzieję, że farmaceuta doradzi mi jakąś maść i wszystko wkrótce wróci do normy. Wizyty u lekarza nawet nie biorę pod uwagę – jest weekend, a australijska służba zdrowia nawet w tygodniu działa w swoim tempie i na zasadach, które czasem niełatwo zaakceptować choremu. Na przykład w stolicy bardzo trudno dostać się do lekarza pierwszego kontaktu w dniu zgłoszenia dolegliwości. A poza tym wielu medyków doradza, aby – o ile jest to coś niegroźnego, np. przeziębienie, wirus – chorobę po prostu przeczekać. Niechętnie sięga się także w leczeniu po antybiotyki, bo – jak kiedyś usłyszałam podczas jednej z wizyt – to przestarzała, chociaż niestety wciąż praktykowana w Europie, szkoła.

Moje poparzone i pomarszoczone oblicze, ujawnione spod okularów i chusty – to teraz moje nieodzowne atrybuty – robi na pani aptekarce wrażenie. Po cichu liczyłam, że uśmiechnie się z pobłażaniem i powie, że przecież jesteśmy w Australii i takie rzeczy zwyczajnie się zdarzają. Wręcz przeciwnie, skonsternowana, na moje pytanie, co to może być, odpowiada z dużą niepewnością, że niewykluczone, że jestem uczulona na krem przeciwsłoneczny, skoro poparzenie występuje na całej twarzy i szyi. Radzi więc raczej tabletki przeciw alergii niż maść. Problem w tym, że tabletki biorę już od kilku dni, a kremem smarowałam także inne części ciała narażone na działanie słońca.

Nie pozostaje jednak nic innego jak kontynuować „kurację” i kupić nowy krem ochronny. Podejmujemy decyzję o powrocie… na Gibb River Road. Bo chorowanie podczas podróży musi być do pewnego stopnia kwestią… wyboru. Trzeba uwierzyć, że można kontrolować swój organizm, a przynajmniej mieć wpływ na dalszy rozwój choroby. Kiedyś takie mądrości wywoływałyby tylko uśmiech politowania na mojej twarzy. Teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Zwłaszcza, że każdy dzień podróży jest na wagę złota, a wizytę u lekarza trzeba przeliczyć na bezcenny czas. (A jeśli chodzi o pieniądze to także należy liczyć się z wysokimi kosztami – czy to wizyty u lekarza pierwszego kontaktu, czy na pogotowiu. Dlatego tak ważne jest, aby posiadać odpowiednią polisę, dzięki której dostaniemy zwrot części kosztów leczenia.)

Wygląda jednak na to, że dzień bez wyzwań jest dniem straconym. Po drodze mijamy pożar. O ile mijanie zakłada zachowanie odpowiedniego – w tym przypadku bezpiecznego – dystansu, to nie jest to właściwie określenie. W pewnym momencie dym kłębiący się nad jezdnią drastycznie zmniejsza widoczność, do tego stopnia, że trudno dostrzec, co jest przed nami. Nagle z siwej otchłani wyłania się z przeciwka samochód, jadąc jak gdyby nigdy nic. No to chyba trzeba zrobić to samo.

Jak się okazuje, pożary tego typu są wynikiem kontrolowanego wypalania traw, które przynosić ma wiele korzyści. Dominuje przekonanie, że wypalona ziemia staje się bardzo dobrym podłożem dla rozwoju flory. Poza tym ogień jest niezbędny do rozmnażania się niektórych gatunków australijskich roślin, gdyż tylko dzięki niemu uwalniane są nasiona z twardych łupin. Istotą tego pożaru jest to, że rozprzestrzenia się w powolnym tempie i nie tworzy wysokich płomieni, wskutek czego trawi najbardziej łatwopalne elementy, pozwalając przetrwać drzewom. Gdy Australię zamieszkiwała tylko ludność Aborygeńska pożary były stałym elementem funkcjonowania całego ekosystemu. Po pojawieniu się białych zaczęły być jednak przez nich tłumione. Dziś znów doceniania się znaczenia ognia.

„Kontrolowany żywioł” ma więc zmniejszyć ryzyko pożarów, które jak wiadomo, były w Australii sprawcą niejednej tragedii. I to nie tylko w oddalonych od cywilizacji lasach, czy farmach, ale także w miastach. Skutki wielkiego pożaru w Canberze, jaki miał miejsce w 2003 roku, widoczne są jeszcze do dziś. Ale o drugim obliczu tego żywiołu opowiem już przy innej okazji.

DSC_9375DSC_9374

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s