Przystanek Darwin

Darwin to wyjątkowe miejsce – pod wieloma względami. Stolica Północnego Terytorium i zarazem najmniejsze ze wszystkich siedmiu miast stołecznych Australii. Najbardziej wysunięte na północ miasto kontynentu, jak żadne inne, zostało ukształtowane przez warunki geograficzne. W porze deszczowej nawiedzają Darwin ciężkie deszcze monsunowe oraz cyklony, powodując nierzadko wielkie zniszczenia. Potrafią nawet zmienić historię miasta i jego mieszkańców.

W bożonarodzeniową noc w 1974 roku cyklon (nazwany Tracy) zdewastował większość miasta. Jak domki z kart rozpadły się budynki mieszkalne i publiczne. Prędkość wiatru osiągała wtedy 217 km/godzinę. Nie są to jednak pełne dane – tamtej nocy zniszczone zostało także biuro metrologii. Miasto zamarło na wiele tygodni, przestając spełniać swoje podstawowe funkcje – nie było prądu, wody, nie odprowadzano ścieków, nie działała komunikacja miejska. Aby chociaż trochę pojąć skalę zniszczeń, jakie w jedną noc dotknęły miasto, warto zobaczyć film: http://www.youtube.com/watch?v=FS1E5oAv8UM (Udostępniony w interencie przez australijskie Narodowe Archiwum Filmowe i Dźwiękowe).
Przywracanie życia trwało jeszcze bardzo długo, bo przez trzy lata. Wielu mieszkańców wyprowadziło się, jedni na czas odbudowy, inni na stałe. Przez pół roku wjazd do Darwin był możliwy tylko na podstawie zezwolenia.

Ale to nie jedyna katastrofa, jaka dotknęła to australijskie miasto. Kolejna, czasowo wcześniejsza, to nie lada zaprzeczenie powszechnej opinii, że Australia to kraj bez historii, którego nie dosięgły nigdy wojny i konflikty zbrojne. 19 stycznia 1942 japońskie samoloty zbombardowały miasto, chcąc zniszczyć tutejsze bazy wojskowe. Wskutek ataku zginęło około 300 osób. Było to pierwsze, jednak nie ostatnie, bombardowanie australijskiego kontynentu. Do kolejnych nalotów na cele położone w północnej części kraju, w tym także kilkakrotnie na Darwin, dochodziło jeszcze przez prawie dwa lata.

Aby upamiętnić te wyjątkowe, w skali całego kraju, wydarzenia w ubiegłym roku otwarto w Darwin muzeum The Defence of Darwin Experience, które w całości poświęcone jest roli miasta w II wojnie światowej. Historia tamtego okresu obecna jest także w przestrzeni miejskiej. Na wszystkich spacerujących wzdłuż wybrzeża miasta czeka podróż w wojenną przeszłość, opowiadana za pomocą tablic informacyjnych i pozostałości ocalałej infrastruktury.

Jednak i dziś szczególne położenie Darwin ma wpływ na jego znaczenie i rozwój. To właśnie w tym mieście od roku stacjonują żołnierze amerykańscy, którzy korzystają z tutejszych baz morskich i powietrznych. Jak wielką dyskusję polityczną i narodową wywołało to posunięcie łatwo sobie wyobrazić. Zwłaszcza, że Australia dąży do utrzymania przyjaznych stosunków zarówno z USA jak i Chinami. Ale zostawmy politykę. Bo obecność amerykańskich żołnierzy w Darwin to także codzienność. Chwilowo także i nasza.

Postanawiamy zregenerować siły i przygotować się do kolejnego etapu podróży. Dekujemy się na jednym z wielu, położonych na przedmieściach Darwin, pól namiotowych. Jest tu wszystko. Poza standardowymi usługami oferowanymi jak na każdym cywilizowanym campingu istnieje „szara strefa” – wtórny obieg towarów. Bo dla jednych to początek, dla innych koniec podróży, dlatego handel i wymiana kwitną. Za naprawdę niewielkie pieniądze można wyposażyć się w niezbędny sprzęt campingowo-podróżniczy. No niestety, my już niczego więcej nie upchniemy do auta. Jedyne czego nam brakuje, to pewność, że nasza Suzi jest w dobrym stanie. Ostatnio wydaje jakieś dziwne dźwięki. Reperujemy więc co się da. Suzi zalicza mechanika, a ja w końcu lekarza, aby zaradził coś na moją wciąż popaloną twarzą. A tam długie czekanie w kolejce umila oglądanie w telewizji amerykańskich programów rozrywkowych. Robimy też zaległe prania – cieniutka warstwa Kimberly`owskiego czerwonego kurzu pokrywa od kilku tygodni nie tylko samochód, ale wszystko to, co się w nim znajduje, nawet ubrania zamknięte w walizce.

Wypoczynek i spokój pozostały jednak w sferze marzeń. Każdego dnia budzą nas przelatujące nisko nad głowami samoloty Australijskich Królewskich Sił Powietrznych (RAAF), powracające do pobliskiej, położonej w centrum miasta, bazy. Hałas jest tak wielki, że nawet słuchawki nie są w stanie go wyciszyć. Miasto z charakterem? Raczej miasto – przystanek.

DSC_9463

Reklamy

Wyjedźmy za miasto rodzino, czyli sobota w Litchfield National Park

DSC_9425Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, Litchfield National Park okazuje się być przepełniony turystami, a raczej weekendowymi wczasowiczami – do Darwin jest stąd niewiele ponad 100 km. Park słynie przede wszystkim z bogactwa wodospadów, tworzących najróżniejsze baseny wodne. W tym sierpniowym upale to nieoceniona ochłoda i ulga. Jedni pływają, inni moczą nogi, jeszcze inni wysiadują w wodzie, ale po prostu patrzą się na pozostałych. Kolejki do toalet, wypełnione po brzegi kosze na śmieci, krzyczące dzieci, rozbawieni nastolatkowe, gdzieniegdzie dobiegająca muzyka z boomboxa. Trochę jak sierpniowa sobota w Polsce, gdzieś nad zalewem tuż za miastem. Chce się uciekać tam, gdzie pieprz rośnie albo najlepiej na koniec świata. Można tylko pozazdrościć nie poruszonym tą całą wrzawą nietoperzom.

No ale bądźmy rozsądni. Czy podróżnik zrezygnuje z okazji darmowej kąpieli? W końcu niewiadomo kiedy nadarzy się kolejna. A na koniec świata można przecież pojechać za chwilę. W końcu jesteśmy w Australii. Pogrywamy więc sobie na australijskich kontrastach – po chwili odświeżeni jedziemy w głąb Litchfield National Park, na pole namiotowe Sandy Creek. Wyboista, kamienno-piaskowo-wydmowa (tak, takie zestawienie jest możliwe) droga, w niektórych miejscach przecinana przez strumienie rokuje, że dobrze wybraliśmy kierunek podróży na koniec świata.

Rzeczywiście, po drodze nie spotykamy żywej duszy – no, może nie licząc krokodyli moczących się w wodzie, których błyszczące oczy można dostrzec w bezkresnej ciemności. Późnym wieczorem docieramy na miejsce. Maleńkie, zaszyte w środku buszu pole namiotowe okazuje się mieć wyznaczone stanowiska. Jest ich nie więcej niż 10. Wszystkie zajęte, a prawie na każdym pali się ognisko. No a do tego, o ironio, można się znowu wykąpać – jest prysznic!

Zuchwalstwo podróżników, którzy już z nie jednego pieca chleb jedli, sprawiło, że nie przygotowaliśmy planu B. To jeden z grzechów głównych popełniany przez nas coraz częściej wskutek coraz silnej panoszącego się w naszych głowach przekonania – przecież jakoś to będzie, w końcu jesteśmy już kilka tygodni w drodze, i zawsze wychodziliśmy z opałów bez większego szwanku. Tak osłabia się nasza czujność i maleje ostrożność.

Zatoki na polu namiotowym są na tyle duże, że można by upchać i drugie auto. Wygląda jednak na to, że jego tymczasowym mieszkańcom – być może po doświadczeniach zatłoczonego dnia – chodzi o święty spokój i samotność. Co z drugiej strony nie pasuje do australijskiej otwartości i ciągłej gotowości do niesienia pomocy. Nie mamy jednak specjalnie ochoty spekulować na temat narodowości szczęśliwców. Zwłaszcza, że innych przesłanek juz nie mamy. Ludzie wpatrzeni w płomienie nie zwracają uwagi na zdezorientowaną i zdesperowaną parę. Jest już późna noc i powrót tą samą drogą – niewiadomo dokąd – to dla nas ostateczność. Tyle, że na parkingu, na którym zatrzymaliśmy się, stoi kilka znaków informujących o zakazie nocowania. Nie pozostaje nic innego jak zminimalizować ryzyka i wyrzuty sumienia. Zostajemy, ale płacimy tak, jakbyśmy spali na polu. Jutro będziemy się martwić, co dalej.

Jutro nie przyniosło żadnych niespodzianek. No i znów jakoś poszło… Ogarnęła nas jedynie wielka chęć ucieczki z Litchfield National Park. Pierwsze takie uczucie podczas całej podróży.
DSC_9413DSC_9446