Wyjedźmy za miasto rodzino, czyli sobota w Litchfield National Park

DSC_9425Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, Litchfield National Park okazuje się być przepełniony turystami, a raczej weekendowymi wczasowiczami – do Darwin jest stąd niewiele ponad 100 km. Park słynie przede wszystkim z bogactwa wodospadów, tworzących najróżniejsze baseny wodne. W tym sierpniowym upale to nieoceniona ochłoda i ulga. Jedni pływają, inni moczą nogi, jeszcze inni wysiadują w wodzie, ale po prostu patrzą się na pozostałych. Kolejki do toalet, wypełnione po brzegi kosze na śmieci, krzyczące dzieci, rozbawieni nastolatkowe, gdzieniegdzie dobiegająca muzyka z boomboxa. Trochę jak sierpniowa sobota w Polsce, gdzieś nad zalewem tuż za miastem. Chce się uciekać tam, gdzie pieprz rośnie albo najlepiej na koniec świata. Można tylko pozazdrościć nie poruszonym tą całą wrzawą nietoperzom.

No ale bądźmy rozsądni. Czy podróżnik zrezygnuje z okazji darmowej kąpieli? W końcu niewiadomo kiedy nadarzy się kolejna. A na koniec świata można przecież pojechać za chwilę. W końcu jesteśmy w Australii. Pogrywamy więc sobie na australijskich kontrastach – po chwili odświeżeni jedziemy w głąb Litchfield National Park, na pole namiotowe Sandy Creek. Wyboista, kamienno-piaskowo-wydmowa (tak, takie zestawienie jest możliwe) droga, w niektórych miejscach przecinana przez strumienie rokuje, że dobrze wybraliśmy kierunek podróży na koniec świata.

Rzeczywiście, po drodze nie spotykamy żywej duszy – no, może nie licząc krokodyli moczących się w wodzie, których błyszczące oczy można dostrzec w bezkresnej ciemności. Późnym wieczorem docieramy na miejsce. Maleńkie, zaszyte w środku buszu pole namiotowe okazuje się mieć wyznaczone stanowiska. Jest ich nie więcej niż 10. Wszystkie zajęte, a prawie na każdym pali się ognisko. No a do tego, o ironio, można się znowu wykąpać – jest prysznic!

Zuchwalstwo podróżników, którzy już z nie jednego pieca chleb jedli, sprawiło, że nie przygotowaliśmy planu B. To jeden z grzechów głównych popełniany przez nas coraz częściej wskutek coraz silnej panoszącego się w naszych głowach przekonania – przecież jakoś to będzie, w końcu jesteśmy już kilka tygodni w drodze, i zawsze wychodziliśmy z opałów bez większego szwanku. Tak osłabia się nasza czujność i maleje ostrożność.

Zatoki na polu namiotowym są na tyle duże, że można by upchać i drugie auto. Wygląda jednak na to, że jego tymczasowym mieszkańcom – być może po doświadczeniach zatłoczonego dnia – chodzi o święty spokój i samotność. Co z drugiej strony nie pasuje do australijskiej otwartości i ciągłej gotowości do niesienia pomocy. Nie mamy jednak specjalnie ochoty spekulować na temat narodowości szczęśliwców. Zwłaszcza, że innych przesłanek juz nie mamy. Ludzie wpatrzeni w płomienie nie zwracają uwagi na zdezorientowaną i zdesperowaną parę. Jest już późna noc i powrót tą samą drogą – niewiadomo dokąd – to dla nas ostateczność. Tyle, że na parkingu, na którym zatrzymaliśmy się, stoi kilka znaków informujących o zakazie nocowania. Nie pozostaje nic innego jak zminimalizować ryzyka i wyrzuty sumienia. Zostajemy, ale płacimy tak, jakbyśmy spali na polu. Jutro będziemy się martwić, co dalej.

Jutro nie przyniosło żadnych niespodzianek. No i znów jakoś poszło… Ogarnęła nas jedynie wielka chęć ucieczki z Litchfield National Park. Pierwsze takie uczucie podczas całej podróży.
DSC_9413DSC_9446

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s