Uluru – góra-popkultura

Uluru – obok Opery w Sydney – to najbardziej rozpoznawalne miejsce w Australii. Święta góra Aborygeńska. Właściwie ikona, tyle, że dlatego, że jest jednym z głównych motywów australijskiego przemysłu turystyczno-pamiątkarskiego. Przez wiele lat popularny cel wakacyjny Australijczyków. Dziś jedna z najczęściej wybieranych destynacji wśród turystów zagranicznych. Aborygeni odzyskali do Uluru prawo dopiero w połowie lat 80-tych. A do dziś wciąż funkcjonuje jeszcze jej druga nazwa – Ayers Rock. Nadana została przez australijskiego odkrywcę, Wiliama Gosse, pod koniec XIX wieku, na cześć premiera Australii Południowej.
DSC_10172
Uluru swoje znaczenie zawdzięcza przede wszystkim położeniu i kształtowi. To monolityczna skała wyrastająca w środku niczego, w zupełnej pustce. To co widzimy gołym okiem, jest jedynie wierzchołkiem wielkiego bloku, który skrywa wnętrze ziemi. Przez długi czas Uluru błędnie uważana była za największy monolit na świecie. Jak się jednak okazało, jeszcze większa jest – również uważana za świętą górę Aborygeńską – Mount Augustus, położona ponad 2000 km na zachód od Uluru. (O próbach dotarcia do niej pisałam na blogu we wcześniejszej relacji. https://odwschodudozachodu.wordpress.com/2012/07/31/615/) Ze względu na to, że o wiele trudniej dostać się do Mount Augustus, jest ona znacznie rzadziej odwiedzana przez turystów i prawie w ogóle nieznana.
DSC_10052
No właśnie. Jeśli ktoś jest w podroży po australijskim outbacku i na swojej trasie umieścił także Uluru, to powinien się przygotować na to, że zobaczy tam znacznie więcej ludzi niż w ostatnich tygodniach. Bo do Uluru można dotrzeć, lądując na lokalnym lotnisku, zbudowanym właśnie z myślą o turystach. Spanie natomiast możemy sobie zapewnić w kompleksie hotelowym, rzecz jasna, o takiej samej genezie. Co więc czeka nas na miejscu? Wokół Uluru wiedzie 10 km pętla. Tej długości trasa, po płaskim terenie, wydawałoby się, że nie jest żadnym wyzwaniem. Jednak biorąc pod uwagę panujące temperatury oraz to, że nie znajdziemy po drodze cienia, a tym bardziej sklepu z wodą, przejście całego dystansu może stać się nie lada wyzwaniem. Spotkanie przeze mnie po drodze zamroczonego z pragnienia kilkunastoletniego chłopaka potwierdza, że nie jest to zwyczajny spacer.
DSC_10006
Nie jest to zwyczajny spacer także z innych powodów. Niesamowita Uluru, która mieni się najróżniejszymi odcieniami rudości i czerwieni, a także zadziwia swoją strukturą, to świetny obiekt fotograficzny. Tyle, że nie zawsze można robić jej zdjęcia. Wzdłuż całej trasy ulokowane są znaki informujące o zakazie fotografowania i filmowania w konkretnych punktach. Zakaz ten spowodowany jest właśnie świętością tych miejsc, wynikającą z ich kulturowych znaczeń. Miejsca mogą być widziane tylko takimi, jakie są – w swej naturalnej postaci. Dlatego ich powielane i pokazywane gdzie indziej, nie jest możliwe.
DSC_10068DSC_10147
Świętość Uluru sprawia, że odradza się także wspinania na górę. Chociaż formalnego zakazu nie ma, to często zdarza się, że wejście jest zamykane ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe – zwłaszcza przez wiejący silnie wiatr, który na tak eksponowanej trasie może być rzeczywiście zagrożeniem. Bywały też przypadki zasłabnięcia lub nawet śmierci podczas wchodzenia na Uluru – głównie z powodu wyczerpania lub upadku z wysokości. I to pomimo tego, że Uluru nie należy do najwyższych szczytów – leży 868 m n.p.m.
DSC_10072
Bo do Uluru lepiej nie przymierzać żadnych znanych nam miar.

Reklamy