Podróż się (nie) kończy

DSC_7736Każda podróż musi się kiedyś skończyć. Na szczęście ludzka pamięć pozwala przedłużać podróżowanie nawet w nieskończoność. Bywa, że jest we mnie więcej wspomnień niż obecności w teraźniejszości. Temu też służy pisanie – utrwalaniu wspomnień, nadawaniu im formy. Tyle, że czasem jest ona wymuszona albo nieadekwatna. Bo poza tym, co zrozumiałe – poznaniem czy gromadzeniem obrazów – w podróżowaniu chodzi mi o coś jeszcze. Niewyrażalne coś, które tak naprawdę stanowi siłę napędową dla umysłu i ciała. To ono sprawia, że jestem w stanie wstać bardzo wcześnie rano, wędrować w 40 stopniowym upale, czy zmieniać dotychczasowe jakże racjonalne i słuszne plany.

Najsilniej doświadczyłam tego właśnie na antypodach, gdzie podróżowanie dało mi poczucie obcowania z sobą i ze światem znacznie silniej niż w jakiejkolwiek innej podróży. A to wszystko dzięki dojmującej pustce i ciszy, która jest jednak tak pełna, że nie potrzeba przełamywać jej słowem. Nie trzeba nawet o niej myśleć, lecz jedynie w niej być, medytować ją. I to chyba mój powód, dla którego podróżuję.

Właśnie przed chwilą przeczytałam zapowiedź reportażu autorstwa Mateusza Waligóry, który ukaże się we wrześniowym National Geographic Traveler. Próbując uciekać od nadmiaru słów, po prostu zacytuję: „To właśnie na antypodach zaraziłem się pasją przemierzania pustyń. Ich niezmąconą ciszą i niespotykanym spokojem. Właśnie taki jest Salar de Uyuni. Gdy nie doskwiera mi wiatr cisza zdaje się być absolutna. Przerywa ją jedynie dźwięk chrupiącej pod stopami soli. Trzeszczy aż miło. Gdy podróżujesz pieszo kolejne kroki zdają się wyznaczać monotonny rytm, którego uzupełnieniem są dziesiątki myśli wypełniających głowę. Marsz nieuchronnie zamienia się w medytację. Od wschodu aż do zachodu słońca. Dzień za dniem”.

Reklamy