Turysta jedzie do Maroka

Wiem, że w świecie instagrama i snapchata pisanie relacji podróżniczych staje się czynnością anachroniczną. Dlatego co jakiś czas zawieszam prowadzenie tego bloga. Po czym znów do niego powracam – sugerując się statystykami odwiedzin i wynikającą z nich wiarą, że niektórzy szukają jednak czegoś więcej niż tylko krótkich, fotograficznych relacji. Dlatego będę chciała przekazać garść cennych i praktycznych informacji, aby zachęcić do podroży do Maroka – kraju, któremu turyści są bardzo potrzebni, a podróż tę można bez większych problemów odbyć na własną rękę.

Jako pasjonat podróży, ale też osoba coraz krytyczniej odnosząca się do ekspansji turystyki, spoglądam na ten wyjazd także z szerszej perspektywy, której towarzyszą pytania: Dlaczego podróżujemy do „egzotycznych krajów”? Ile w tym jest chęci poznawania innej rzeczywistości? Czy wystarczająco dobrze przygotowujemy się do takich wyjazdów, także na kluczowe różnice kulturowe?

Początkowo cel naszej podróży był jeden: zdobyć Jabal Toubkal – 4167 m n.p.m., najwyższy szczyt Afryki Północnej i Gór Atlas. Tak zorientowana wyprawa zwalnia z obowiązku głębszego przygotowania się do podróży pod względem kulturowym. Poza tym informacje dla wybierających się do tego kraju dotyczą przede wszystkim kwestii bezpieczeństwa – głównie zdrowotnego. W internecie krąży mnóstwo ostrzeżeń na temat możliwych problemów gastrycznych, zwanych „zemstą faraona”. Sama im uległam, zabierając ze sobą spory pakiet lekarstw – w tym m.in. na wspomniane schorzenie oraz wykupując dodatkowe ubezpieczenie pokrywające koszty leczenia i transportu zwłok. Jak widać zupełnie niepotrzebnie…

Przygotowani zatem na najgorsze jedziemy. Trwająca ponad 4 godziny podróż samolotem upływa w towarzystwie głównie polskich turystów, zmierzających mniej więcej po to samo – po wyjątkowe wrażenia (i fotki?). Chociaż mających się realizować w różnych formach i konfiguracjach – poniekąd odzwierciedlających współczesne relacje ludzkie. Na pokładzie znaleźli się bowiem turyści korzystający ze zorganizowanych (nie najtańszych) wycieczek – m.in. adresowanych do singli, podróżujący w ledwo-co-utworzonych grupach na portalach społecznościowych, których trwałość zweryfikuje niebawem afrykańska rzeczywistość. Warto odnotować, że wśród podróżujących dało się także dostrzec tradycyjne grupy znajomych.

Po wylądowaniu większości z nas najprawdopodobniej kołacze się po głowie: No to ruszamy na podbój Afryki. Ale póki co to ona nas podbija. Na lotnisku w Marakeszu stoimy w długiej kolejce, w której musimy złożyć kartę przyjazdu – gdzie m.in. wpisujemy cel podróży i adres pobytu. Co prawda, urzędnicy celni podchodzą do sprawdzenia dość rutynowo, ale jak zwykle w takich sytuacjach doceniam Strefę Schengen. Przechodzimy także kontrolę bezpieczeństwa bagażu – również prowadzoną dość pobieżnie. Ku mej uciesze, zabrane przeze mnie z Polski kije trekingowe nie wzbudzają niczyjego zainteresowania.

Na nowoczesnym i czystym lotnisku można dokonać dwóch kluczowych dla turysty czynności – wymienić walutę (najłatwiej zabrać ze sobą euro, którym można też bez problemu płacić w wielu miejscach) i zaopatrzyć się w kartę sim, szczególnie cenną ze względu na obowiązujące tu stawki. Treść powitalnego smsa wysłanego przez mojego polskiego operatora nie pozostawia żadnych wątpliwości – nawet chwilowe włączenie przesyłu danych podczas pobytu w Maroku będzie miało swoje istotne konsekwencje finansowe. Naprzeciw tej pokusie wychodzi hostessa, która w imieniu lokalnego operatora na lotnisku rozdaje za darmo karty. Chociaż w sumie nie tak zupełnie za darmo… To co w Europie wywołuje obecnie paniczny strach, tutaj nie wywołuje żadnej reakcji. Pani grzecznie prosi każdego, kto zdecydował się na kartę, aby otwarł paszport w celu sfotografowania jego danych. Może to wakacyjny nastrój, a może ocalone resztki normalności – nikt nie poddaje pod wątpliwość zasadności tej czynności. A za aktywizację bezpłatnej karty – jak się okaże – i tak trzeba będzie zapłacić. Welcome to Morocco.

Wszystkie te czynności zabierają nam więcej czasu niż zakładaliśmy więc zaczynamy się zastanawiać, czy zamówiona jeszcze w Polsce przez internet taksówka będzie wciąż czekać. Ku naszemu zdziwieniu przy wyjściu stoi kierowca, trzymając w ręku kartkę z imieniem i nazwiskiem jednego z nas, zupełnie nieporuszony naszym prawie godzinnym spóźnieniem. Tłumaczymy to sobie marokańskim podejściem do czasu. Później okaże się, że wyjaśnienie leży gdzie indziej – to raczej marokańskie podejście do pieniądza… Cena, którą zapłacimy za taksówkę okaże się bowiem odbiegać od tutejszych „stawek rynkowych”. No ale cóż, trudno zorientować się jaka jest ta właściwa cena, gdy się nie jest na miejscu. Zwłaszcza w kraju, gdzie targowanie się jest niemalże sposobem obcowania z drugim człowiekiem…

20181012_124718_na stronę 1

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s