W Szczebrzeszynie – i w Maroku – chrząszcz brzmi w trzcinie

Jedziemy więc wynajętą taksówką do celu – czyli miejscowości Imlil, z której startować będzie nasz treking na Jabal Toubkal. Droga nie trwa dłużej niż 2 godziny, ale kierowca postanawia zrobić przystanek w jakiejś wiosce. Chyba po to, abyśmy oswoili się z klimatem tego kraju. I to nie tylko w sensie panujących tu wysokich jak na październik temperatur (nawet powyżej 30 stopni w ciągu dnia). Zaraz po wyjściu z auta zostajemy otoczeni przez sprzedawców pamiątek, którzy przekonują nam, że oferują naprawdę „good price” za swoje towary.

Ten jeden z najczęściej wypowiadanych w tym kraju do turystów zwrotów – jak się wkrótce przekonamy – ma już swoją równie popularną i chętnie komunikowaną przez sprzedawców wersję: „Dobra cena, dobra cena”. A to bezlitośnie przypomina nam, że nie jesteśmy pierwszymi Polakami na tym pięknym lądzie. Przed nami byli inni, a po nas będą następni. Mało tego – będziemy się spotykać w tych samych hotelach i restauracjach oraz mijać na ulicach. Za co można obwiniać (albo jak kto woli – co można zawdzięczać) taniejące ceny połączeń lotniczych.

Zwykle miejscowi mówią o Polakach dobrze, a na hasło „from Poland” reagują bardzo serdecznie. Czasem ripostują nas kolejnymi zwrotami: „za darmo” albo „masakra”. Wielu zapewnia także, że było w Polsce. I chociaż nie wiadomo, ile w tym kurtuazji potrzebnej do nawiązania relacji (zwłaszcza tej handlowej), to można pozazdrościć Marokańczykom ich otwartości na drugiego człowieka – chociaż tak innego: białego, często kapryśnego przybysza, z bogatszej, rzekomo lepszej części świata…

I być może ta sama otwartość sprawia, że tak wielu Marokańczyków, zwłaszcza w większych miejscowościach i miejscach związanych z ruchem turystycznym, ochoczo posługuje się – lepiej lub gorzej – językiem angielskim. Na prowincji i we wioskach napotkanych turystów wita się natomiast w języku byłego kolonialisty:
– Bonjour! Ca va?
– Ca va!
Francuskiego do dziś uczy się w szkołach. A w kioskach najłatwiej kupić francuskojęzyczne gazety.

Aż trudno więc uwierzyć, że w tym kraju oficjalnym językiem jest arabski. Mało tego, na co dzień większość Marokańczyków posługuje się derija – dialektem arabskiego, nie posiadającym swojej formy oficjalnej i spisanej. Używany jako język dnia codziennego. W tym miejscu należy wspomnieć także o języku berberyjskim, którym posługują się Berberowie – zamieszkujący północna część Afryki, w tym m.in. Maroko.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Marokańczycy to – na miarę swojej rzeczywistości i swoich potrzeb – poligloci. I pewnie właśnie dlatego wypowiadanie zwrotów – w podobno przecież trudnym – języku polskim wychodzi im tak naturalnie. Nawet językołamacz „w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”, którego słyszałam w Maroku nie raz, brzmiał tak dobrze w ustach tubylców. Za to nasza znajomość ich języka ograniczała się do zwrotu „Salamu alajkum”, który i tak został wyparty przez międzynarodowe: Hallo!
20181018_215338

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s