Droga na Jabal Toubkal… i z powrotem

To będzie górski post – dla wszystkich, którzy mają w bliższych lub dalszych planach Jabal Toubkal (szczyt ma kilka wersji nazw) wznoszący się 4167 m n.p.m., będąc najwyższym szczytem Afryki Północnej oraz Gór Atlas. Wzbudza (przynajmniej u niektórych) obawy, ale i nadzieje na zdobycie imponującej (w porównaniu z polskimi warunkami) wysokości. Zatem jak się przygotować, aby dotrzeć na ponad 4000 m n.p.m.? Poniższa relacja powstała na bazie mojego osobistego doświadczenia – wejścia na szczyt w październiku 2018 r.

Trasa wiedzie z miejscowości Imlil (60 km od Marakeszu), gdzie najlepiej przenocować przed wyjściem w góry i zaopatrzyć się w niezbędne wyposażenie. Droga podzielona jest na dwa dni – z Imlil do schroniska, a następnie ze schroniska na szczyt. Większość osób tego dnia także schodzi z powrotem do miasteczka. Sprzęt, który się przydaje to kije trekingowe (zachęcam do korzystania z nich na całej trasie – do czego nawiąże jeszcze na końcu…) oraz raki – na ostatnim odcinku podczas wchodzenia na Toubkal. Wynajem sprzętu oferuje wiele sklepów i wypożyczalni w Imlil. I o ile na ogół nie różnią się ceną, to znaczenie różni je jakość – dlatego polecam porównanie ofert. Warto także rozważyć wzięcie ze sobą zapasu wyżywienia na cały czas górskiej wędrówki, a już obowiązkowo wody. Po drodze do schroniska mija się prowizoryczne „punkty gastro”, gdzie sprzedawane są m.in. soki ze świeżo wyciskanych pomarańczy, w kilku z nich można także coś przekąsić. Ale nie każdy korzysta z tej możliwości, uznając, że akurat na trasie na czterotysięcznik lepiej minimalizować ryzyka. W schronisku ceny produktów spożywczych, w tym i wody, istotnie wzrastają – nawet jak na marokańskie warunki. Z drugiej strony serwowana w marokańskim stylu kolacja w schronisku cieszy oko i (prawie każdy) żołądek.

Droga na szczyt nie jest oznakowana jako szlak. Jednak trudno się zgubić na trasie. Na Jabal zmierzają bowiem także inni. Albo na nogach albo na… osiołkach lub koniach. Zwierzęta służą także do transportowania bagaży turystów. Widok obładowanych walizkami i plecakami zwierząt automatycznie nasuwa refleksje na temat turystyki. Na Jabala nie wchodzi się więc w samotności. Chcących spróbować swoich sił – nawet jeśli wymaga to zaangażowania zwierząt – jest wielu. Dlatego najlepiej zarezerwować miejsce noclegowe w którymś z dwóch sąsiadujących ze sobą schronisk: Refuge de Toubkal lub Refuge Les Mouflons. Niektórzy rezerwują je ze znacznym wyprzedzeniem, inni na kilka dni przed. My spróbowaliśmy – z negatywnym skutkiem – raptem dzień wcześniej. Nie mając innego wyjścia, zdecydowaliśmy się nie zmieniać planów, licząc na tradycyjną w polskich schroniskach „glebę”.

Trasa zajmuje ok. 5-6 godzin. Startuje się z mniej więcej 1800 m n.p.m. Schroniska znajdują się na poziomie 3200 m n.p.m. Do pokonania w pierwszy dzień mamy więc ok. 1400 metrów przewyższenia. Szlak wznosi się miarowo do góry, nie przynosząc po drodze żadnych niebezpiecznych i wymagających odcinków. No może, poza wspomnianymi zwierzętami. Obowiązuje tu bowiem bezwzględna zasada – zwierze ma pierwszeństwo, zawłaszcza, że najczęściej jest popędzane przez tragarzy.

Przyznać jednak muszę, że zwłaszcza pod koniec – pomimo generalnie dobrej kondycji – podchodzenie szło mi już dość ciężko. Sporym dodatkowym utrudnieniem było ostro świecące słońce, na które byłam wyeksponowana przez większość czasu. Dla osób uczulonych – tak jak ja – na promienie słoneczne może być to trudne do zniesienia. Dlatego trzeba pamiętać o wzięciu kremu i okularów przeciwsłonecznych oraz nakrycia głowy. Dawno nie cieszyłam się tak na dotarcie do schroniska i… zachodzące słońce. Nawet jeśli przyniosło to spore ochłodzenie. Trzeba bowiem pamiętać o bardzo dużych amplitudach. Temperatura odczuwalna w ciągu dnia nawet do 30 stopni, podczas chylenia się słońca ku zachodowi obniżała się do około 10, aby w nocy utrzymać się na poziomie jedynie kilku stopni powyżej zera. Tę rozpiętość trzeba koniecznie uwzględnić planując niezbędną odzież.

Na miejscu czekały na nas dwa pełne schroniska. Jednak zasada udostępniania „gleby” okazała się być na szczęście uniwersalna. Chociaż początkowo trudno było uwierzyć, że pełna przybyłych z najróżniejszych zakątków świata, rozgadanych turystów, sala stanie się sypialnią. Na dodatek w powietrzu dało się mocno odczuć aromat jedzenia zmieszany z ekscytacją przed jutrzejszym wejściem na szczyt. Ale – ku naszemu zdziwieniu – o 21.00 miejsce przeszło nieprawdopodobną metamorfozę. Większość osób rozeszła się do swoich pokoi, a obsługa schroniska bardzo sprawnie pozbierała wszystkie stoliki i krzesła, kładąc w ich miejsce niezwykle wygodne materace! Po chwili zgasło też światło, całkowicie wyciszając rozmowy. Nikt nie protestował, nikt nie łamał tej niepisanej zasady przedwczesnej ciszy. Wszystkich łączył bowiem wspólny cel: jutrzejsze wejście na Toubkala.

Czasowe strategie na szczyt były bardzo różne. Niektórzy postanowili zobaczyć go o wschodzie słońca, inni dopiero wtedy budzili się, wybierając zdobywanie szczytu w pełnym świetle słonecznym. Pierwszą strategię warto poprzedzić sprawdzeniem początkowego odcinka szlaku za dnia. Od schroniska wije się wiele ścieżynek, a niektóre z nich wiodą na piargi. Chociaż da się nim przejść, to można niepotrzebnie wywołać lawinę kamyków lub spowodować spadanie pojedynczych, ale większych kamieni. A jeśli ktoś idzie kilka metrów niżej, wtedy staje się to po prostu niebezpieczne. Sama musiałam uchylić się od spadającego obok mojej głowy kamienia. Wchodząc na wschód trzeba też dobrze obliczyć czas, aby zbyt długo nie czekać na szczycie – w niezbyt przychylnych niewyspanemu ciału temperaturach – na zbawienne promienie słoneczne.

Ja z wielu powodów wybrałam wersję standard – czyli wyjście ze schroniska równocześnie ze wstającym słońcem, czyli około 7.00 rano. Taką opcję wybrało także kilkanaście innych osób. Na szczęści zorganizowane wycieczki z przewodnikiem wyruszały po nas. No właśnie – czy idąc na Toubkala warto skorzystać z przewodnika? Wchodziłam na szczyt tylko raz – ale w takich warunkach atmosferycznych, z którymi miałam do czynienia wydaje mi się to zupełnie zbędne przy założeniu, że:
– ma się dobrą kondycję
– nie idzie się samemu
– ma się chociaż minimalne doświadczenie w chodzeniu po górach zimą i w rakach.

Tylko tyle i aż tyle. Reszta to po prostu cierpliwe wchodzenie na szczyt, które owszem może wiązać się z nowymi okolicznościami – symptomami choroby wysokościowej. Oczywiście nie wszyscy jej doświadczają. Ja jednak zaliczyłam co nie co – poczucie dojmującego zmęczenia odczuwalne w mięśniach całego ciała. Moja metoda walki z tym stanem polegała na skupieniu, byciu tu i teraz. Aby nie tracić energii, z namysłem stawiałam kroki, które zrytmizowałam liczeniem do 4. Nie szczędziłam też przystanków, robiąc je tak często jak domagał się tego mój organizm. Nawet jeśli trzeba było zatrzymywać się co chwilę, będąc przekonanym, że towarzysz ich nie potrzebuje. Dziwne to uczucie dla człowieka, który pokonuje 100 km rowerem z uśmiechem na twarzy, a podobne przewyższenia bez większego trudu. Ale to jedna z ważniejszych rzeczy, którą zapamiętam z wchodzenia na Toubkala. Pokorę jaką musisz w sobie uruchomić, kiedy twoje ciało zaczyna zachowywać się jak nigdy dotąd. Może podobnie jest, gdy zaczynamy się starzeć? 😉

Po drodze dołączył do nas samotny Grek, którego towarzysze kilka minut od wyjścia ze schroniska zrezygnowali z wejścia na Jabal. I tutaj chylę czoła przed tymi, którzy potrafią zrezygnować. Inną kategorią turystów są zorganizowane grupy ludzi o bardzo zróżnicowanej kondycji i odporności na zimową wspinaczkę górską. Widok zlęknionych osób idących w takich grupach nie był rzadkością. Najprawdopodobniej działał mechanizm – skoro zapłaciłem (a więc ktoś wziął za to pieniądze), to znaczy, że się nadaję i dostanę to, za co zapłaciłem. Nie chcę tego oceniać – bo być może właśnie ci ludzie pokonują przy tej okazji swoje lęki i ograniczenia, zdobywają swój „everest”. Kolejna warta odnotowania kategoria to tacy, którzy z wyboru wchodzą na szczyt sami. Ale myślę, że zawsze warto takie samotne osoby niezobowiązująco zagadać o towarzystwo.

No i w końcu udało się zdobyć Jabal Toubkal! Po niespełna 4 godzinach. W pełnym słońcu i przy niebieskim niebie. Odczuwalna temperatura na szczycie wynosiła około 10 stopni. A odczuwalna radość znacznie więcej! Tak, jest coś wyjątkowego i satysfakcjonującego w zdobyciu czterotysięcznika. Niezależnie od stopnia trudności. Na szczycie trzeba jednak szybko nacieszyć się chwilą. Obowiązkowo kilka fotek, a po kilkunastu minutach regeneracji trzeba schodzić w dół. Przed nami przecież jeszcze długa droga. Schodzenie do schroniska zajmuje nam już znacznie mniej czasu. Momentami można nawet zbiegać. Ale właśnie wtedy przydają się kije trekingowe. Po przepakowaniu plecaków (większość bagażu została w schronisku, aby „atakować szczyt na lekko”) czas ruszać w dalszą drogę. Tego dnia do 18.00 trzeba jeszcze oddać w Imlil wynajęty sprzęt. Schodzenie, które może wydawać się już bułką z masłem także zabiera sporo energii i czasu. Trzeba liczyć na nie około 3-4 godzin.

Postanawiam ten ostatni odcinek przejść sama. W końcu można do górskiej wędrówki dołączyć rozmyślania różne, na które do tej pory w stanie górskiego „mindfulnessu” nie było miejsca. Po drodze doganiam Greka, dla którego zejście okazuje się być najtrudniejszym odcinkiem górskiej przygody. Wysiadają mu kolana. Początkowo stanowczo odrzuca ofertę skorzystania z jednego kijka trekingowego. Ale w miarę schodzenia wszystko się zmienia – po kilkunastu minutach wspomaga się moim prawym, a później i lewym kijem. Na ostatnim odcinku nawet korzysta z maści na kolana… pierwszy raz w swoim 40-letnim życiu. (Niejednemu już uratowała… podróż ;-). Rozciągnięte – dosłownie i w przenośni – do bólu i w czasie zejście ma też swoje pozytywne strony. Rozmawiamy o kryzysie w Grecji, życiu na emigracji oraz rozstaniach i sensie wędrówki. Jak na dwóch zupełnie sobie obcych ludzi przystało.

I to właściwie jest sendo podróżowania – kiedy myślisz, że tego dnia już wydarzyło się wszystko najważniejsze, a potem okazuje się, że byłeś w błędzie.
Refugee

Reklamy

1 thought on “Droga na Jabal Toubkal… i z powrotem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s