Norweskie impresje (moje) i ekspresje (innych)

PSX_20180916_163524Postanowiłam rozpocząć serię wpisów norweskich. W ostatnich kilku miesiącach odwiedziłam Norwegia aż trzy razy. Wcześniej nigdy nie byłam w tym kraju. Do tego trafiłam w bardzo różne miejsca – od stolicy, po daleką północ na pograniczu okręgu Troms i Finnmark oraz na jeszcze dalszą północ… – na Spitsbergen (który oczywiście nie przynależy w całości do Norwegii, ale o tym później).

Potrzeba pisania wniknęła także z szerszej fascynacji Północą, która zaczęła się od Islandii. Wyspa ta – o czym wspominałam wcześniej – zaintrygowała mnie przede wszystkim swoją przestrzenią. Z Norwegią było już inaczej… Ale od początku.

Od dawna chciałam odwiedzić Norwegię, zachwycając się jej niezwykłym krajobrazem, który w mojej wyobraźni tworzyły przede wszystkim fiordy. Piękne, malownicze  – niemalże prosto z folderów reklamowych. Bo takie właśnie widziałam przed laty na Nowej Zelandii. I od tego czasu wzbudzały moją tęsknotę i pragnienie ponownego ujrzenia tego cudu natury. Moje wyobrażenie Norwegii nie ograniczało się jednak tylko do rajskich widoczków.

Norwegię poznawałam przede wszystkim w opowieściach i dzięki fascynacji innych ludzi. Dlatego chciałabym temu poświęcić więcej miejsca. A wpisy te nie będą zwykłą chronologiczną opowieścią o trzech wyprawach do Norwegii. Zwłaszcza, że informacji i dokładnych relacji z podróży znaleźć w internecie można sporo. Przyjęłam inne założenie – opowiadając o Norwegii odsyłam do twórczości i działalności innych osób. Zwłaszcza, że z niektórymi z nich mogłam wspólnie odkrywać Norwegię.

Wśród moich znajomych są osoby, które mieszkają w Norwegii. Wybrały ją świadomie i wcale nie z powodów ekonomicznych. Tylko dlatego właśnie, że – jak tłumaczono mi – to znacznie lepszy kraj do życia niż Polska. Również, a może przede wszystkim, pod względem tolerancji na odmienne poglądy czy orientację seksualną. Wśród znajomych mam także tłumaczy języka norweskiego. Od kilku lat nie narzekają na brak pracy. Bo marząc o Norwegii, trzeba pamiętać, że znajomość angielskiego nie jest gwarantem satysfakcjonującej pracy. Zupełnie inaczej niż na Islandii, gdzie angielski na poziomie średnio zaawansowanym pozwala podobno na znalezienie zajęcia – zwłaszcza w branży turystycznej – już po kilku dniach.

W gronie moich znajomych są także ci, którzy zakochali się w Norwegii – zwłaszcza w jej odległych, surowych przestrzeniach. I przy każdej możliwej okazji wracają tam, by doświadczać tej niespotykanej w Europie dzikości. Są i tacy, którzy z tej pasji uczynili profesję. Poznając Północ, korzystałam z doświadczenia i wiedzy takich ludzi. Na Spitsbergen pojechałam – po raz pierwszy w życiu – z biurem podroży: Barents.pl. To właśnie przykład takiego przedsięwzięcia, za którym stoi ogromna pasja do podróżowania jednego człowieka – założyciela: Romana Stanka. Jadąc do Tromso, zdałam się natomiast na doświadczenie organizatora wypadów na Północ – Kuby Huberta, właściciela nietypowego biura podroży: OneWayTravel (1wtravel.pl), które powstało z miłości do… zorzy polarnej. O specyfice obu „biur podróży” (wzięte w cudzysłów, bo moim zdaniem to jednak opis nieadekwatny) napiszę więcej przy okazji wspominania tych wypraw.

Norwegia stała się w ostatnim czasie także przedmiotem zainteresowania polskich reporterów. Trzeba tu koniecznie wymienić dwa nazwiska: Ilona Wiśniewska i Maciej Czarnecki. Chcąc lepiej zrozumieć Norwegię – także tragiczne wydarzenia z 2011 roku – obowiązkowo trzeba sięgnąć po przetłumaczone na polski książki norweskiej reporterki, Åsne Seierstad. W tym miejscu należy także przywołać postać Niny Witoszek – profesor historii kultury na Uniwersytecie w Oslo, która w roku 2006 uznana została za jedną z dziesięciu najwybitniejszych intelektualistów mieszkających w Norwegii. Jest autorką wydanej w Polsce książki pt. „Najlepszy kraj na świecie”, w której m.in. rozprawia się z tematami idealnej demokracji i społeczeństwa dobrobytu.

Poznawania Norwegii doświadczałam także na poziomie bardziej rozrywkowym. A to za sprawą młodzieżowego serialu „Skam”. W czterech sezonach opowiadał on o życiu młodzieży z Hartvig Nissen skole w Oslo. Serialem zaraziła mnie moja siostrzenica Alicja. A poszukiwanie filmowych tropów było jednym z powodów naszej wspólnej wizyty w Oslo.

Last but not least, jakby powiedzieli Brytyjczycy. Miałam okazję, a właściwie szczęście, że przez ponad dwa lata moim szefem był Andrzej Jaroszyński, były Ambasador RP w Norwegii (w latach 2001-2005). Miejscem naszej wspólnej pracy była natomiast Ambasada RP w Australia. Ambasador – którego byłam tam asystentką – chętnie wyłuszczał mi różnice i podobieństwa, między krajami. Do tych drugich należały m.in. peryferyjność oraz nieprzeciętnie piękna i dzika przyroda.

Do dziś bardzo cenię sobie tamte rozmowy z Ambasadorem, w których relacja przełożony-podwładny przestawała mieć znaczenie, będąc zastępowana przez zupełnie inną: mówca (jakże wprawny) – słuchacz (jakże uważny). Rozmowy te uleciały. Ale Ambasador popełnił kilka tekstów nt. Norwegii. Za jego zgodą postanowiłam opublikować tutaj dwa z nich, bo są świetnym wprowadzeniem do tematyki norweskiej!

Czy religia jest Norwegom koniecznie potrzebna do zbawienia

Xenophobe’s Guide to the Norwegians

fot. Dominik Pytel (Spitsbergen)

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s