Turystyczna ekspansja, czyli dlaczego zwlekałam z kolejnym tekstem…

Już od pewnego czasu zabierałam się do napisania tego posta, który miał być opisem najciekawszych atrakcji, jakie udało mi się zobaczyć podczas pobytu na Islandii. Zwątpiłam jednak w jego sens… Coraz mniej lubię pisać o podróży jako czystej relacji na temat tego, gdzie byłam i co widziałam. Wyjątkiem jest pisanie o miejscach, do których nie zmierzają pielgrzymki turystów, miejscach, które swoją dzikością łudzą mnie tym ekscytującym poczuciem, że przede mną nie było tutaj zbyt wielu. I może też niewielu dotrze. I wtedy chcę się nimi dzielić.

Tego fantastycznego poczucia doświadczam jednak już niezmiernie rzadko. I pewnie tak już będzie – w dobie łatwo dostępnej informacji, wielości relacji podróżniczych, tanich lotów i pędu do podróżowania. Czasem zupełnie dla mnie niezrozumiałego. Zjawiska te dotknęły w ostatnim czasie – i to z ogromną mocą – właśnie Islandię, która zalewana jest przez turystów. Wielu z nich to eksploratorzy spod znaku „selfie” i zaliczania kolejnych atrakcji, co ma niewiele wspólnego z chęcią poznawania świata. Do tego zdarza się, że przyjezdni są nieprzygotowani do zwiedzania dzikiej wyspy. Oczekują, że dostaną tu to samo, co w swoich cywilizowanych krajach. I nie zdają sobie sprawy, że niezmiennie rządzi tutaj natura. Co jakiś czas media donoszą o przypadkach śmierci turystów w wyniku poparzenia gejzerem, utonięcia w morskich falach, czy zamarznięcia. Do tego notowane są także tragiczne wypadki, do których dochodzi w wyniku bardzo nieodpowiedzialnych zachowań powodowanych chęcią zrobienia sobie właśnie tego jedynego, wyjątkowego zdjęcia – na krawędzi klifu lub podczas wspinania na górę lodową. Znany jest też przypadek śmierci turysty, który zginął potrącony przez samochód. Stał bowiem po zmroku w ciemnym ubraniu na środku jezdni, robiąc sobie zdjęcie na tle zorzy…

Dlatego pisanie m.in. o tym, że zwiedziłam tzw. Złoty Krąg – czyli największą (mierzoną w liczbie odwiedzających) atrakcję Islandii ma dla mnie już niewielki sens. Jednak nie chodzi tylko o łatwość zdobycia na ten temat informacji, ale także o moją rosnącą niechęć do wspierania masowej turystyki. Rzecz jasna wiem, że mój post nie spowodowałby nagłego i drastycznego wzrostu przyjezdnych z całego świata. Wzmaga się jednak we mnie niechęć wobec wspierania powszechności podróżowania – zwłaszcza tego spod znaku „selfie”, które zupełnie inaczej ustawia relację między człowiekiem i światem.

„Islandia nie jest jeszcze >zadeptana<, chociaż kilkanaście miejsc osiągnęło już swoją granice. Na przykład Seljalandsfoss, Gulfoss i Geysir, Dyrholaey, Jokularsalon czy Błękitna Laguna.  Ale kiedy wędrowaliśmy górami z Seljafell na Snaefelsness przez dwa dni nie spotkaliśmy żywej duszy. Trzeba wiedzieć, gdzie chodzić. Islandia poza sezonem wakacyjnym bywa pusta z wyjątkiem kilku miejsc, których powinno się zdecydowanie unikać”[1].

Cytat pochodzi z książki autorów bloga IceStory, którzy osiedlili się na Islandii, a dzięki temu mogli poznać ten kraj znacznie lepiej niż przeciętny odwiedzający. Poznać jej piękno, ale także trudy podróżowania i życia w tym kraju. Lekturę polecam wszystkim, którzy marzą o Islandii – na krótko lub na dłużej. Podkreśliłam w cytacie te miejsca, w których byłam. Podróżowałam do nich w okresie zimowym – czyli uznawanym za sezon nieturystyczny, m.in. ze względu na trudne warunki pogodowe, krótki dzień. Po liczbie odwiedzających dochodzę do wniosku, że trzeba jednak zrewidować ten podział na sezony, a raczej go zlikwidować. Tak – trzeba wiedzieć, gdzie nie chodzić i gdzie nie jeździć. Na szczęście tę wiedzę miał Kuba, który organizował wyjazd. A dzięki temu dotarliśmy także do miejsc tu mapa z zaznaczonymi punktami , w których było nas zdecydowanie mniej lub nawet byliśmy sami. Ale rzeczywiście doświadczenie dziewiczości Islandii przestaje być już tak oczywiste i łatwe – chociaż nadal jest możliwe.

To co w ostatnim czasie, zwłaszcza w 2-3 latach, dzieje się na Islandii można traktować jako wielką szansę dla kraju, który niespełna dekadę temu popadł w wielki kryzys. Jest to okres przemodelowania głównych sektorów gospodarki. I tak np. w 2017 r. kluczowa dla turystyki branża wynajmu samochodów swoim obrotem handlowym dogoniła tradycyjne na wyspie rolnictwo. To czas prosperity, który z mikroperspektywy oznacza dla zwykłego Islandczyka możliwość bogacenia się i odsunięcia w niepamięć paraliżującego strachu o jutro, który towarzyszył kryzysowi. Jednak rozwijający się na wyspie w tak zastraszającym tempie przemysł turystyczny, napędzany wciąż rosnącym popytem, może zamiast szansą stać się zagrożeniem. Mówi już o tym otwarcie wielu Islandczyków. Jednym z nich jest Aðalbjörn Tryggvason, wokalista islandzkiej grupy metalowej „Sólstafir”, który wypowiada się w tej samej książce:

„Za największe zło na Islandii uważa [on – przyp. MK] ogromne korporacje, takie jak produkujące aluminium Rio Tinto z Hafnarfjordur, i pozostałe fabryki na wschodzie, niszczące przyrodę. Gorzko wypowiada się także o ostatnich latach i rozwoju branży turystycznej. Uważa, że jest zbyt szybki i przytłaczający. Dziesięć – piętnaście lat temu było to trzysta tysięcy osób rocznie, co >jedynieTutaj nie znajdziesz turystów i będziesz mógł poczuć się, jakby nikogo innego nie było na świecie<. Dziś to nieaktualne. (…) Turystyka ma oczywiście swoje dobre strony, bo przynajmniej więcej ludzi ma pracę, szczególnie gdy przemysł rybny od lat jest na równi pochyłej "[2].

Argumenty przeciw turystyce mają jednak nie tylko ekolodzy i obrońcy „genius loci” Islandii. (Przy okazji warto zobaczyć jak islandzkie „genius loci” przetwarza w swych teledyskach „Sólstafir”.) Konsekwencją niezaspokojonego wciąż popytu na usługi turystyczne są rosnące ceny – nie tylko dla turystów. W obecnej sytuacji tj. zwiększającej się liczby odwiedzających oraz wzrostu populacji Islandii zasiedlanej przez imigrantów w deficycie znajduje się branża nieruchomości i krótkoterminowego wynajmu. Tak jak w innych atrakcyjnych turystycznie krajach, Islandczycy tę drugą lukę wypełniają powiększając tę pierwszą. Proponują w tym celu swoje prywatne przestrzenie na wynajem turystyczny w ramach nie objętego opodatkowaniem portalu airbnb. W 2017 r. przeżywał on na wyspie swój wielki boom. Zgodnie z raportem odnoszącym się do branży turystycznej pn. New tourism industry report
oferta wynajmu przez ten portal jest aż trzy razy większa niż tradycyjnych usługodawców – hoteli, hosteli, itp. A to z kolei jeden z kluczowych czynników wpływających na niewystarczającą liczbę nieruchomości i windujący w ostatnim czasie bardzo ich ceny. I tak pętla drożyzny się zamyka.

A przecież chodziło tylko o niewinne pragnienie podróżowania. Co się stało, że utraciliśmy tę niewinność? Poniżej kilka moich „jakby-hipsterskich” zdjęć z Islandii. No nie mogłam się oprzeć…

[1] B. Lenard, P. Mikołajczyk: Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii, Kraków 2017, s. 154.

[2] Ibidem, s. 156.

Reklamy

Wszystkie zimowe poranki i wieczory

DSC_7061

Pierwsza noc na Islandii to niezapomniane przeżycie. Nie tylko dlatego, że towarzyszy jej ekscytacja ziszczającego się marzenia. Lecz przede wszystkim dlatego, że… nie chce się skończyć. Zdążyliśmy się wyspać, pościelić łóżka, przygotować do wyjazdu i nawet wyjechać,  by dopiero wtedy być świadkiem tego jak noc łaskawie zaczyna ustępować miejsca dniowi.

Pierwszy długi poranek okazał się jednak zbawienny dla nas jako grupy, która musiała się zorganizować w nowym miejscu i przestrzeni – m.in. mając do dyspozycji jedną kuchnię. Miejsce, które będzie przez najbliższe dni naszym domem to urocza chociaż prosta chata (jedyną jej – dość dziwaczną zresztą – dekoracją były białe kamienne lwy ogrodowe przed pomostkiem prowadzącym do wejścia) zbudowana z myślą o weekendowych wypadach właściciela. Ale globalne procesy – zwłaszcza te związane z turystyką – nie omijają Islandii. Wręcz przeciwnie – atakują ją ze zwielokrotnioną siłą. Dlatego pierwotnie mająca być ucieczką od codzienności drewniana willa położona w islandzkiej głuszy (głusza w Islandii to stan dominujący więc bez problemu znajdziemy ją już 50 km od stolicy – w takiej właśnie odległości od Reykjaviku mieszkaliśmy) zmieniła swoje przeznaczenie, stając się dobrem udostępnianym na potrzeby turystów. Z pomocą przyszedł  działający na całym świecie portal airbnb. W wielu krajach zachodnich jest on źródłem konfliktu między profesjonalnymi dostawcami usług noclegowych, a osobami prywatnymi udostępniającymi swoje pokoje, mieszkania i domy na wciąż bardziej opłacalnych zasadach. W najbliższym czasie Islandii ten konflikt raczej nie grozi. Wciąż uboga baza noclegowa nie zaspakaja potrzeb turystów, których liczba rośnie – chciałoby się powiedzieć – w zastraszającym tempie.

Właściciel nie czeka na nas z kwiatami (ale zostawił je w wazonie wraz z pysznymi islandzkimi czekoladkami), tak samo jak nie przybędzie, aby się z nami zobaczyć na do widzenia. Ta usługa, a może bardziej relacja, bazuje na zaufaniu. Pewnie nie bez znaczenia jest to, że Kuba korzysta z tego miejsca po raz kolejny. Ale z tym zaufaniem spotkałam się już nie raz, korzystając właśnie z airbnb. Chociaż tutaj ma ono swój dodatkowy smaczek – zanim właściciel dotrze do swojego domu jego ostatni użytkownicy będą najprawdopodobniej już tysiące kilometrów stąd. A jednak nikt nie spisuje żadnych protokołów zdawczo-odbiorczych. Po prostu obowiązuje elementarna zasada: zostaw dom w takim samym stanie, w jakim go zastałeś. A nam do dyspozycji właściciel zostawia niemało. Z wszystkich „bogactw” bezcenne na długie zimowe wieczory okazują się:

– stół przy którym będziemy jadać wspólnie przygotowane kolacje. Godnym skopiowania okazuje się rozwiązanie ulokowania kuchni do gotowania w centralnym miejscu jadalni, co ewidentnie dowartościowuje gotującego oraz wykonywaną przez niego czynność, podnosząc ją do rangi wydarzenia równie ważnego jak sama konsumpcja.

–  internet bezprzewodowy. Może nie tak szybki jak ten, do którego przywykliśmy chociażby w Polsce, ale wystarczający do oglądania świetnego islandzkiego serialu kryminalnego „W pułapce”, w którym równie ważny jak sama fabuła jest niezwykły islandzki krajobraz. Czekamy zatem na drugi sezon.

–  jacuzzi przed domem zasilane wodą geotermalną. Oczywiście w kraju będącym jedną wielką naturalną elektrownią nie jest ono żadnym luksusem tylko standardowym wyposażeniem domu.

Rzecz jasna wszystko powyższe używane jest przez nas tylko wtedy, gdy nie gapimy się na niebo w oczekiwaniu na aurorę. Islandzkie zimowe długie wieczory wcale nie są więc takie straszne…

Inaczej jest jednak z porankami. Bo czas czekania na tę chwilę, gdy ustanie ciemność działa na moją wyobraźnię. Każdego dnia przed oczami stają mi te same obrazy i nasuwają się pytania. O której wstają Islandczycy? Co robią czekając na jasność? Jak umilają sobie ten czas tkwienia w ciemności? Czy piją więcej kawy? Co robili zanim pojawiła się elektryczność? Pod koniec grudnia i na początku stycznia dzień na Islandii zaczyna się po godzinie 11.00…

 

Jedziemy… samochodem

DSC_6566

No to wylądowałam na Islandii! Jest kilka minut po 17.00 i ku mojemu zdziwieniu nie panują egipskie ciemności, a jedynie dzień powoli chyli się ku końcowi, zmieniając barwy na grafitowo-granatowe. Te same kolory kilkanaście godzin później będą obwieszczać kres nocy. Na jeszcze silniejsze bodźce zostaje wystawiony mój zmysł powonienia – Islandia wita mnie intensywnym zapachem siarki. W tym momencie trudno mi uwierzyć, że z każdym dniem będzie coraz słabiej wyczuwalny, aby na koniec pobytu zupełnie stracił się z mojego pola percepcji.

Teraz czas na sprawną logistykę. Kompletujemy naszą 12-osobową grupę. Część przyleciała z Gdańska, a część z Warszawy. Na lotnisku czeka na nas pracownik firmy, z której będziemy wynajmować auta. Zabiera ze sobą kierowców. Wprawdzie wszystkie wypożyczalnie znajdują się w niedalekiej, kilkukilometrowej odległości od lotniska, ale rzeczywiście takie rozwiązanie zaoszczędza znacznie czasu i organizacyjnego zamętu. Zwłaszcza, że najłatwiej z lotniska wydostać się… samochodem. Opcją jest także shuttle bus. Natomiast na całej Islandii nigdzie nie skorzystamy z pociągu, tramwaju czy metra.
Samochody wypożyczamy w dwóch różnych, sprawdzonych wcześniej wypożyczalniach:
– Green Motion: https://next.greenmotion.com/car-hire/iceland/keflavik-international-airport
– Fair Car: http://www.faircar.is/
Pomocne w znalezieniu odpowiedniej oferty mogą być globalne wyszukiwarki:
http://www.economycarrentals.com/
https://www.skyscanner.pl/
https://www.sebogo.es/

Bardzo szeroki asortyment aut w wypożyczalniach i ogromna popularność takiego sposobu poruszania się turystów (ale także Islandczyków) po kraju sprawia, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Warto jednak pamiętać o kilku szczegółach, które mogą mieć wpływ na to czy nasza podróż po Islandii będzie fantastyczna i… nie zrujnuje naszego portfela. No właśnie – portfel na Islandii oznacza wyłączenie kartę płatniczą. Już w niewielu miejscach możemy płacić gotówką. Dlatego nie warto brać ze sobą islandzkiej waluty.

Tak też oczywiście jest w przypadku wynajmu auta, do którego mocno sugeruję dokupić ubezpieczenie. Bo niezależnie od pory roku podróżując po tym przepięknym kraju należy być przygotowanym na zmienność – stanu dróg i warunków pogodowych. Pamiętajmy – tu rządzi natura. Najczęstszą i… nieubezpieczaną przez żadną firmę usterką są wyrwane przez wiatr drzwi. Nie dalej jak dzień później przy każdym wychodzeniu z auta będziemy toczyć nierówną (i jakże komiczną) walkę z siłami natury, trzymając za każdym razem drzwi dwoma rękami, aby nie pognały z wiatrem. Ta sama natura w czasie zimowym może przynieść zupełnie nagłe oblodzenie drogi albo jej zaśnieżenie. Poza Reykjavikiem raczej nie liczmy na posypanie jezdni solą albo piaskiem. Ale właśnie dlatego auta wyposażone są w specjalnie uzbrojone opony, które sprawiają, że jazda po zimowych drogach jest znacznie bezpieczniejsza. Pomimo to do prowadzenia potrzebne jest coś jeszcze – poczucie pewności i doświadczenie za kierownicą. Ale to nie koniec warunków sine qua non do udanej samochodowej podróży po Islandii.

Karta kredytowa. Przy wypożyczaniu auta będziemy poproszeni o nią, gdyż – poza poniesionymi kosztami związanymi z usługą – na czas wynajmu zostanie zablokowana spora suma naszych pieniędzy. Wróci do naszej dyspozycji po oddaniu auta w nienaruszonym stanie. Auto oddawane jest na ogół – przede wszystkim dlatego, że na Islandii jest tylko jedno międzynarodowe lotnisko – do tego samego miejsca, z którego zostało wypożyczone. Nie musimy być obecni przy jego sprawdzeniu. Za to w ramach usługi zostaniemy przez firmę odwiezieni na lotnisko. Nie chciałabym, aby ten post zabrzmiał jak zachęta do podróżowania autem. Sama staram się używać tego środka lokomocji, gdy jest to niezbędne, a wyjeżdżając zagranicę bardzo lubię poznawać kraj i jego mieszkańców właśnie poruszając się środkami komunikacji publicznej. Na Islandii warto jednak zmienić myślenie o sposobie przemieszczanie i poznawania kraju.

Oczywiście istnieją alternatywy dla podróży autem – autobus bądź autostop. Nawet zimą mijaliśmy rowerzystów. Każda z tych opcji ma jednak swoje ograniczenia, które w podróży po Islandii mogą sprawić, że nie wykorzystamy tego czasu wystarczająco dobrze i efektywnie. Dlatego za nim się na którąś zdecydujecie – to poza ustaleniem ilości czasu i pieniędzy – polecam podjąć decyzję, czy to wyjazd nastawiony na jak najwięcej atrakcji, czy raczej eksplorowanie zupełnie nieznanych terenów. Niestety już nawet w islandzkim przypadku oznacza to dwie różne podróże. A tak w ogóle warto na Islandię wybrać się kilka razy. Ten pierwszy raz – na przykład w sezonie zimowym – można potraktować jako wizytę przygotowawczą, aby zweryfikować swoje wyobrażenia. Ja właśnie ze swojej listy marzeń wykreśliłam podróż rowerową po Islandii…

I tu może kluczowa informacja praktyczna. Moja „wizyta przygotowawcza” była możliwa dzięki Kubie Hubertowi, który zorganizował ten wyjazd. Zwany „królem tanich podróży” od lat wraca zimą na Islandię, miłością do której zaraża kolejnych. A dzięki świetnej znajomości wielu miejsc na wyspie przecieranie z nim zimowych szlaków – dosłownie i w przenośni – jest o wiele łatwiejsze. Chociaż trudno w to uwierzyć, Kuby podróże na północ (Islandia to jedna z kilku destynacji, więc znajdziecie na http://www.1wtravel.pl/) to uzupełnienie jego codziennej, etatowej pracy. Jak sam mówi o sobie: „Przez 45 tygodni w roku jestem urzędnikiem w pod gdyńskim Kosakowie. A przez pozostałe 6 przewracam swój świat do góry nogami i organizuję wyjazdy”. Można? Można!

Keflavik nie Reykjavik, czyli gdzie lądują (różne) samoloty

DSC_6520

Najprostszym sposobem dotarcia na Islandię jest oczywiście droga powietrzna. Z Polski do Islandii lata dwóch przewoźników:
– WOW air (islandzkie tanie linie lotnicze) – tylko z Warszawy
– Wizz Air (węgierskie tanie linie lotnicze) – z Katowic, Wrocławia, Warszawy, Poznania, Gdańska.
Loty WOWaira będą dostępne od czerwca, cenowo zbliżone do tego co oferuje węgierska konkurencja. Natomiast Wizzairem latać można przez cały rok. Obecnie dwa razy w tygodniu – dzień zależny jest od miejsca startowego. Ceny biletów zdają się być podyktowane trzema czynnikami: monopolem, pogodą i … rosnącą popularnością Islandii. Im bliżej „letniego sezonu”, tym drożej. Ceny biletów Wizzaira na nadchodzący sezon istotnie podrożały wobec zeszłorocznych połączeń wakacyjnych wyszukiwanych mniej więcej w tym samym czasie. Wybierając się więc latem na Islandię, warto rozważyć także opcję wylotu z portów poza granicami naszego kraju.

Lot na Islandię z Polski trwa około 4 godzin. Na koniec urozmaicają go – o ile pogoda pozwala – fantastyczne widoki wyspy. Dlatego warto zainwestować te kilka groszy w bezcenne miejsce przy oknie. Lądujemy jednak nie w stolicy kraju – Reykjaviku, lecz położonym od niego o 50 km Keflaviku, gdzie znajduje się największe lotnisko Islandii, zwane także Międzynarodowym Portem Lotniczym Reykjaviku…

Ten jednak niezbyt imponujących rozmiarów port wybudowany został podczas II wojny światowej przez Amerykanów do celów wojskowych. Po wojnie, kiedy Islandia wstąpiła w 1946 r. do NATO, port Keflavik stał się bardzo ważną bazą NATO na terenie GIUK (Grenlandia – Islandia – Wielka Brytania). Równocześnie lotnisko wojskowe udostępnione zostało Islandczykom do międzynarodowego transportu pasażerskiego. Amerykanie w latach 1951-2006 przeprowadzali stąd operacje śledzące ruchy floty radzieckiej. Wykorzystywali bazę także podczas wojny koreańskiej.

Obecność obcych wojsk przyniosła Islandii określone profity. Wyspa została objęta powojennym Planem Marshalla, co zapewniło rozwój kraju, oparty przede wszystkim o budowę elektrowni wykorzystujących nieskończone bogactwo naturalnych źródeł energii. Obecność Amerykanów na wyspie miała także wpływ na depopulację i tak małego narodu – wielu żołnierzy wracało do swojego kraju z islandzkimi żonami… Ale nie tylko z tych powodów ich pobyt spotkał się z niechęcią części Islandczyków. Stojąc na straży islandzkości, obawiali się oni amerykanizacji kraju. A dla wielu zwłaszcza z lewej strony sceny politycznej, ważną cechą islandzkiej tożsamości był niemilitarny charakter kraju. Pomimo członkostwa w północnoatlantyckim sojuszu wojskowym Islandia do dziś nie posiada stałych sił zbrojnych.

A tymczasem Amerykanie doceniając znaczenie – tego postrzeganego jako peryferyjny – kraju snuli w okresie zimnej wojny plany stworzenia na terenie bazy w Keflaviku magazynów do przechowywania broni jądrowej. Planów nie skonsultowano jednak z islandzkim rządem… w obawie przed konsekwencjami. Zdawano sobie sprawę, że pokojowo nastawiona Islandia może wręcz wyjść z NATO. Zrezygnowano więc z pomysłu, a kolejnym argumentów była… prowincjonalna atmosfera okolicy miasteczka, gdzie wszyscy się znają i wiedzą, co się dzieje dookoła. O kulisach ujawnionych dopiero niedawno planów amerykańskich można przeczytać w National Security Archive

Amerykański plan trafił już do archiwum, ale przylatując do 8-tysięcznego Keflaviku wciąż ma się wrażenie, że wylądowało się w jakieś wiosce. Dwa lata temu pojawiły się jednak doniesienia o możliwym powrocie wojsk amerykańskich do Keflaviku – jednak już na innych zasadach, opartych na tymczasowej obecności. Bo XXI w. przynosi przecież nowe wyzwania dla globalnego bezpieczeństwa, a mówiąc wprost powrót amerykańskiej obecności wiąże się z rozbudową rosyjskiej marynarki podwodnej.

Póki co przyszłość portu dyktowana jest jednak przede wszystkim przez czas „kapitalistycznego pokoju”. W najbliższych latach planowana jest rozbudowa lotniska tak, aby zwiększyć przepustowość portu i sprostać rosnącej liczbie pasażerów. Poza odwiedzającymi wyspę turystami, lotnisko pełni bowiem – także dzięki swojemu specyficznemu położeniu – bardzo ważną funkcję międzykontynentalną. Jest centrum przesiadkowym dla ruchu pasażerskiego pomiędzy USA a Europą. W przyszłości z tych samych powodów ma rozwijać się także jako punkt tranzytowy cargo.

Usytuowana na granicy dwóch kontynentów Islandia, czego geologicznym potwierdzeniem są płyty tektoniczne (o wszystko mówiących nazwach): eurazjatycka i północnoamerykańska, przestaje więc być odległą, peryferyjną krainą ognia i lodu…

Moja islandzka opowieść

Islandia – dla jednych wielkie marzenie podróżnicze, dla innych jakaś odległa kraina kojarzona co najwyżej z gejzerami, dla jeszcze innych symbol lepszego życia – na chwilę albo na jak najdłużej. Wiadomości z tej odległej wyspy dobiegają do Polski sporadycznie i są raczej z gatunku tych niewiarygodnych. Dowiadujemy się o tym, że decyzja o budowie drogi została zmieniona ze względu na zamieszkujące tam elfy, że Prince Polo to ulubiony przysmaków najmłodszych Islandczyków, i że eksplodujący na wyspie wulkan sparaliżował ruch lotniczy nad Europą. No a do tego każdy przedszkolak wie, że „Kraina Lodu” istnieje tylko w bajce. Co to za dziwny kraj?!

No może jedynie informacja na temat szybkiego i skutecznego wyjścia Islandii z kryzysu ekonomicznego była tą, która wywoływała bardziej rzeczowe myślenie o wyspie. Zwłaszcza, że dotyczyła niektórych Polaków. W sumie więcej niż niektórych – już od końca lat 90-tych stanowimy bowiem najliczniejszą mniejszość narodową zamieszkującą Islandię (zdetronizowaliśmy tym samym Duńczyków). Chwilowo napływ do Islandii został zahamowany właśnie przez kryzys w 2008 r. Jednak nadal jesteśmy najsilniejszą reprezentacją innych narodów w tym kraju. A ostatnie lata to napływ pracowników – obok branży budowlanej i rybołówstwa – także do usług turystycznych. Ale nie ma się co dziwić, bo w sektorze pracy nie brakuje zwłaszcza, że od kilku lat Islandia przeżywa prawdziwy najazd odwiedzających z całego świata – na wyspę przyjeżdża ponad milion turystów rocznie, a Islandczyków jest ponad 300 tysięcy. Dlatego – podobno – mówiący po angielsku Polacy znajdują zatrudnienie na wyspie… w 5 dni. Zdarza się, że za pracą z Polski przybyli ostatnio także ci, których przywiodła bardziej sytuacja polityczna niż ekonomiczna naszego kraju – o czym mogłam przekonać się osobiście. Bo wypytywanie o powody emigracji było jednym z moich ulubionych pytań stawianych napotkanym krajanom. A respondentów znajdywałam w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.

Ale na Islandię nie jedzie się przecież, aby z ludźmi konwersować, ale aby doświadczać pustki i potęgi natury, które nota bene wywołują fundamentalne pytania o to jak żyje się na Islandii. Zwłaszcza, że to bardzo długie życie. Bo 100 lat nie jest tu wyłącznie urodzinowym życzeniem, lecz realnym wyzwaniem. Z danych statystycznych wynika, że kobiety średnio żyją 81 lat, a mężczyźni 76 lat. To może dlatego właśnie tutaj wydaje się najwięcej książek na mieszkańca albo powstaje tyle pięknej muzyki? Więcej pytań niż odpowiedzi, które wyrzucają człowieka z utartych torów myślowych służących do poruszania się na co dzień.

Dlatego postanowiłam zacząć nowy etap w moim – nie tylko blogowym – życiu: oddać się fascynacji Islandią. Wykorzystuję do tego bloga pierwotnie poświęconego Australii. A skoro – ku mojemu zdziwieniu – ma on wciąż swoich czytelników i odwiedzających, to czemu nie kontynuować podróżniczych (nie mylić z urlopowymi) opowieści? Jak sama nazwa wskazuje, blog ma być dedykowany miejscom od wschodu do zachodu. Więc czas najwyższy wrócić do tego postawienia. A jeśli poszukiwać związków między Australią i Islandią, to jeden nasuwa się natychmiast. Nieskończony horyzont oraz zapierające dech w piersiach przestrzenie. I to nie naciągana analogia. Tylko coś, co właśnie w tych obu krajach fascynuje mnie najbardziej i powoduje pragnienie powrotu chociaż na chwilę (do wielkiej trójki dorzucam jeszcze Nową Zelandię). I to wbrew mej zasadzie niewracania w te same miejsca.

Seria islandzkich wpisów to także odpowiedź na pytania o wrażenia z podróży – postaram się skumulować tutaj swoje wspomnienia i obrazy, podam także kilka informacji praktycznych, które mogą przydać się innym. Ale pisząc, będę także sama chciała dowiedzieć się więcej o tej niezwykłej wyspie. Relacja będzie podzielona więc na odcinki, zwłaszcza, że pisanie i pokazywanie Islandii należy moim zdaniem dawkować. Aby delektować się nią jak najdłużej i jak najintensywniej. I w myśl zasady, że podróż dzieli się na 3 etapy – przygotowania, podróżowania oraz wspominania – pragnę rozciągnąć jak najdłużej w czasie ten ostatni. Ale wierzę, że już niebawem przejdę do etapu pierwszego – czyli planowania podróży na Islandię. Do czego zachęcam i Was :-). Zapraszam zatem do wspólnej podroży.