Australijski Disney ma polskie korzenie

I jak Wam się podobał Kings Canyon we fragmencie filmu „The Adventures of Priscilla, Queen of the Desert”?

Pozostańmy jeszcze w tematyce filmowej. Muzykę do tego filmu – nie będącą zresztą jedynie tłem – skomponował Guy Gross, syn Yorama Grossa, czołowego australijskiego reżysera i producenta filmowego, który dzięki swoim animacjom zyskał miano australijskiego Disneya. Ożywił m.in. postać Blinky Billa – bohatera kultowej na antypodach bajki dla dzieci.

Yoram Gross, urodzony w Krakowie, bardzo chętnie przypomina o swoich polskich korzeniach i często wraca do rodzinnego miasta. Swoje niezwykłe życie opisał w autobiograficznej powieści “Wybrało mnie życie. Wspomnienia z Czasów Okupacji i nie tylko”, nota bene wydanej najpierw w Polsce (2008), a później w Australii. Gross, pomimo tego, że od ponad 60 lat nie mieszka już nad Wisłą, książkę o swoim życiu napisał po polsku.
Często wraca też do swojej pierwszej ojczyzny – z wnukami. Chętnie prezentuje także swoją twórczość, spotyka się z fanami. W tym roku można było m.in. obejrzeć w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie wystawę jego fotografii pt. „Zbliżenia”: http://www.jhi.pl/blog/2013-12-11-wystawa-fotografii-yorama-grossa

Więcej o niezwykłym życiu i twórczości Yorama Grossa oraz jego związkach z Polską można przeczytać w wywiadzie, który przeprowadziłam z twórcą jakiś czas temu:
http://www.sfp.org.pl/wydarzenia,93,9063,1,1,Yoram-Gross-krakowiaczek-ci-ja.html

A na pamiątkę dostałam ten oto storyboard:
IMG_20141209_175355

Reklamy

Niebezpieczna przestrzeń w filmie

Zgodnie z obietnicą, dziś trochę o przestrzeni w filmie. Australijska przestrzeń to bardzo często temat sam w sobie – główny bohater albo i antybohater, jądro całej fabuły. Odciska się w ludzkich losach, czasem je wręcz determinuje. Dlatego tyle w nich tajemnicy, grozy i nieprzewidywalnego. Tak jak w znanym dobrze w Polsce filmie Petera Weira „Piknik pod Wiszącą Skałą”.
Zapowiedź filmu: http://www.youtube.com/watch?v=Hv5aWlkQmEk

Niebezpieczeństw, które kryje w sobie przestrzeń, jest bardzo wiele. Zwykle pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie, nieodwracalnie kończąc sielankę – szkolnego pikniku, rodzinnego urlopu, czy backpackerskiej wyprawy. Zagrożenie bardzo często pochodzi z natury. O ile Australia kojarzy się z jadowitymi pająkami i wężami, o tyle warto pamiętać, że naprawdę niebezpieczne potrafią być też psy dingo. Pierwotnie domowe zwierzęta, które przybyły do Australii z Azji, tutaj wtórnie zdziczały. Chociaż polują przede wszystkim w nocy i pierwsze nie powinny zaatakować człowieka, to lepiej trzymać się od tych mięsożernych istot z daleka. Jedna z tragicznych historii z udziałem dingo, która wydarzyła się w latach 80-tych, stała się inspiracją dla fabuły kultowego dziś filmu „Krzyk w ciemności” w reżyserii Freda Schepisi (A Cry in the Dark lub Evil Angels). Historię zniknięcia 9-miesięcznego dziewczynki z namiotu podczas rodzinnych wakacji u podnóży najbardziej znanej australijskiej góry – Ayers Rock (Uluru) -zna chyba każdy Australijczyk.
Zapowiedź filmu: http://www.youtube.com/watch?v=_N953VI5f3Y

Ale niebezpieczeństwo ukryte w przestrzeni to także ludzie – psychopatyczni mordercy zaszyci gdzieś w australijskim outbacku. Sztandarowy przykład, i tym razem inspirowany autentycznymi wydarzeniami – nota bene kilkoma różnymi historiami – to fabularny film „Wolf Creek” Grega McLeana. Obowiązkowa „lektura” dla wszystkich, którzy mają zamiar podróżować po dzikich interiorach Australii. Film opowiada o morderstwach dokonanych na backpakersach, którzy, mając kłopoty z autem, utknęli gdzieś na kompletnym bezludziu. I chociaż film ten, to przede wszystkim epatujący przemocą horror, to kontrast na jakim jest zbudowany – nagle i drastycznie przerwana beztroska podróż- czyni z niego „klasyka gatunku”.
Zapowiedź filmu: http://www.youtube.com/watch?v=Cm8duRDsS8E

Ale australijska przestrzeń to także symbol wolności – odczuwanej w obliczu jej bezkresu. Dlatego doświadczenie jej jest niepowtarzalnym przeżyciem, może też uosabiać negację dotychczasowego życia – także dla samych Australijczyków. Bo również dla nich nieskończona przestrzeń to terra incognita. Tak jak w filmie „The Adventures of Priscilla, Queen of the Desert”, w reżyserii Stephana Elliotta. Trójka artystów z Sydney, dostawszy zlecenie występu w drag show gdzieś na kompletnym odludziu w środku Red Center (w latach 90-tych Alice Springs było znacznie mniejszym miastem) podejmuje to wyzwanie, porzucając swoje dotychczasowe spokojne życie w metropolii. Bohaterowie wynajmują na tę okazję autobus, który staje się na ten czas też ich domem. A droga sama staje się celem. Film jest musicalem i porusza także inne wątki, związane m.in. z LGBT. Ma to wpływ na jego estetykę – obraz został nagrodzony Oskarem za najlepsze kostiumy. Jakby w opozycji do dekoracyjności przebrania, przestrzeń – w jej dzikości i pierwotności – jest w filmie wciąż tym, co najważniejsze. Co chyba najlepiej wyraża kultowa scena, kręcona w Kings Canyon:
http://www.aso.gov.au/titles/features/priscilla/clip3

Muszę potwierdzić, że w Kings Canyon – to mój następny przystanek w Red Center po Ormistone Gorge – poczucie potęgi przestrzeni jest dojmujące. Dlatego zostaje ono na długo w pamięci, może nawet na całe życie. I to jest kolejne niebezpieczeństwo jakie niesie ze sobą australijska przestrzeń – bezpowrotnie zmienia myślenie człowieka o świecie.
DSC_09950

Ocierając się o piekło, czyli wizyta w Alice Springs

Alice Springs – miasto położone w środku niczego. Administracyjnie leży w granicach Północnego Terytorium, ale od stolicy stanu – Darwin – dzieli je 1500 km. Tyle samo potrzeba, aby dotrzeć stąd do leżącej na południe Adelajdy – stolicy Południowej Australii.

Za to rzesze Europejczyków rozpoczynają w Alice Springs, po wylądowaniu na tutejszym lotnisku, swoją wyprawę do Czerwonego Centrum – dla wielu wystarczającej atrakcji, aby przylecieć na kontynent chociażby na kilka dni. Ale niektórzy zostają tu na dłużej. W ostatnich latach liczba mieszkańców Alice Springs urodzonych poza kontynentem wzrosła, osiągając prawie 20%. To fenomen w skali całego kraju, ogólnokrajowe tendencje są bowiem odwrotne. Znaczną część tej grupy stanowią jednak pracownicy, ściągani zza oceanu po to, aby pomagać Aborygenom w rozwiązywaniu ich problemów. Te największe to alkohol, narkotyki i przestępczość, także najcięższa. Ludność Aborygeńska to też prawie 20% ludności, jednak tu tendencja jest odwrotna – jej liczba w ostatnich latach spada.

A dla mnie Alice (to popularny skrót), to miejsce, gdzie nie można długo usiedzieć. To miasto, które gniecie człowieka, zwłaszcza jego sumienie… Na głównym deptaku królują sklepy z chińskimi pamiątka Aborygeńskimi (tak, tak, to właściwie zestawienie przymiotników) oraz galerie dzieł sztuki Aborygeńskiej z cenami nie na każdą kieszeń. Przy odrobinie szczęścia i zaciekawienia można nawet usłyszeć od sprzedającego mini-wykład na temat różnych nurtów w sztuce Aborygeńskiej.

I ja postanowiłam wybrać się na wyprawę po mieście w poszukiwaniu jakiegoś autentycznego skrawka świata Aborygeńskiego, który mogłabym wziąć ze sobą do domu. W spektrum pomiędzy tanimi, muliplikowanymi pamiątkami, a obrazami za cenę zbyt wysoką jak dla podróżnika z ograniczonym budżetem, nie znajduję niczego dla siebie. Nie pozostaje mi więc nic innego jako schłodzić się w tym nieznośnym upale lodową kawą w kawiarni na deptaku. Zza szyby obserwuję siedzących na trawnikach Aborygenów. Z bezpiecznej perspektywy. Wystarczająco blisko, aby podglądać, wystarczająco daleko, aby podglądać bez skrępowania. Wygląda na to, że nikt w kawiarni nie podziela moich wścibskich skłonności – dookoła sami biali, wszyscy zajęci swoimi sprawami.

Niektórzy z Aborygenów próbują sprzedać porozkładane na ziemi obrazy, inni nic nie próbują, po prostu siedzą, minuty, godziny. Nie wiem jak długo. Nie mam tyle czasu, żeby to sprawdzić. Ale widać, że interes nie idzie zbyt dobrze. Czyżby rada, jaką dostałam od sprzedawcy w znajdującej się po sąsiedzku Aborygeńskiej galerii przynosiła skutek? – Nie kupuj niczego z ulicy, bo to podróbki – usłyszałam.  Tylko co znaczy podróbka w sztuce Aborygeńskiej?

Aborygenów nie ma w kawiarniach, a niektórzy nie wejdą nawet do pobliskiego marketu. Jestem świadkiem jak człowiek z ochrony wyprasza dwóch panów, zaraz po tym jak weszli na jego teren. Próbuję sobie wyobrazić, jakie było ich przewinienie. Kradzieże i włamania zdarzają się tutaj na porządku dziennym. Także w miejscach turystycznych – na polach namiotowych, w klubach. Ale to najmniejszy problem… Rosnąca przemoc, także domowa, gwałty, morderstwa to prawdziwy dramat, który toczy to miasto od lat. Najczęściej popełniane przez Aborygenów i wobec Aborygenów, czasem ofiarami stają się też turyści.

Dlatego Alice Springs cieszy się najgorszą reputacją spośród wszystkich australijskich miast najchętniej odwiedzanych przez turystów. Radzi się im, aby po zmroku nie poruszali się swobodnie po mieście i zamawiali taksówki… Miasto paradoksalne. Dobry temat! Pewnie dlatego często staje się bohaterem filmów. W Alice i okolicach dzieje się akcja głośnego, także w Europie (Złota Palma w Cannes w 2009),  filmu o parze młodych Aborygenów „Samson and Delilah” w reżyserii Australijczyka Warwicka Thorntona. W niezwykłą podróż z Sydney do Alice Springs wybierają się autobusem bohaterowie kultowego obrazu „The Adventures of Priscilla, Queen of the Desert” z 1994 roku.

Tylko że dziś wizyta w mieście, to raczej otarcie się o piekło niż pomysł na outdoorową przygodę. A pytanie – czy Alice Springs przetrwa – stawiane jest coraz częściej.

Pierwszy Festiwal Polskich Filmów w Australii

W przerwie podróży po australijskim outbacku zapraszam fanów kina do przeczytania mojej relacji z zakończonego właśnie Pierwszego Festiwalu Filmów Polskich w Australii. Aż trudno sobie wyobrazić, że nigdy wcześniei nie zorganizowano na antypodach takiej imprezy.
Pierwszy Festiwal Polskich Filmów w Australii przeszedł do historii
(i mój wcześniejszy tekst zapowiadający wydarzenie)
Startuje Festiwal Polskich Filmów w Australii