Droga na Jabal Toubkal… i z powrotem

To będzie górski post – dla wszystkich, którzy mają w bliższych lub dalszych planach Jabal Toubkal (szczyt ma kilka wersji nazw) wznoszący się 4167 m n.p.m., będąc najwyższym szczytem Afryki Północnej oraz Gór Atlas. Wzbudza (przynajmniej u niektórych) obawy, ale i nadzieje na zdobycie imponującej (w porównaniu z polskimi warunkami) wysokości. Zatem jak się przygotować, aby dotrzeć na ponad 4000 m n.p.m.? Poniższa relacja powstała na bazie mojego osobistego doświadczenia – wejścia na szczyt w październiku 2018 r.

Trasa wiedzie z miejscowości Imlil (60 km od Marakeszu), gdzie najlepiej przenocować przed wyjściem w góry i zaopatrzyć się w niezbędne wyposażenie. Droga podzielona jest na dwa dni – z Imlil do schroniska, a następnie ze schroniska na szczyt. Większość osób tego dnia także schodzi z powrotem do miasteczka. Sprzęt, który się przydaje to kije trekingowe (zachęcam do korzystania z nich na całej trasie – do czego nawiąże jeszcze na końcu…) oraz raki – na ostatnim odcinku podczas wchodzenia na Toubkal. Wynajem sprzętu oferuje wiele sklepów i wypożyczalni w Imlil. I o ile na ogół nie różnią się ceną, to znaczenie różni je jakość – dlatego polecam porównanie ofert. Warto także rozważyć wzięcie ze sobą zapasu wyżywienia na cały czas górskiej wędrówki, a już obowiązkowo wody. Po drodze do schroniska mija się prowizoryczne „punkty gastro”, gdzie sprzedawane są m.in. soki ze świeżo wyciskanych pomarańczy, w kilku z nich można także coś przekąsić. Ale nie każdy korzysta z tej możliwości, uznając, że akurat na trasie na czterotysięcznik lepiej minimalizować ryzyka. W schronisku ceny produktów spożywczych, w tym i wody, istotnie wzrastają – nawet jak na marokańskie warunki. Z drugiej strony serwowana w marokańskim stylu kolacja w schronisku cieszy oko i (prawie każdy) żołądek.

Droga na szczyt nie jest oznakowana jako szlak. Jednak trudno się zgubić na trasie. Na Jabal zmierzają bowiem także inni. Albo na nogach albo na… osiołkach lub koniach. Zwierzęta służą także do transportowania bagaży turystów. Widok obładowanych walizkami i plecakami zwierząt automatycznie nasuwa refleksje na temat turystyki. Na Jabala nie wchodzi się więc w samotności. Chcących spróbować swoich sił – nawet jeśli wymaga to zaangażowania zwierząt – jest wielu. Dlatego najlepiej zarezerwować miejsce noclegowe w którymś z dwóch sąsiadujących ze sobą schronisk: Refuge de Toubkal lub Refuge Les Mouflons. Niektórzy rezerwują je ze znacznym wyprzedzeniem, inni na kilka dni przed. My spróbowaliśmy – z negatywnym skutkiem – raptem dzień wcześniej. Nie mając innego wyjścia, zdecydowaliśmy się nie zmieniać planów, licząc na tradycyjną w polskich schroniskach „glebę”.

Trasa zajmuje ok. 5-6 godzin. Startuje się z mniej więcej 1800 m n.p.m. Schroniska znajdują się na poziomie 3200 m n.p.m. Do pokonania w pierwszy dzień mamy więc ok. 1400 metrów przewyższenia. Szlak wznosi się miarowo do góry, nie przynosząc po drodze żadnych niebezpiecznych i wymagających odcinków. No może, poza wspomnianymi zwierzętami. Obowiązuje tu bowiem bezwzględna zasada – zwierze ma pierwszeństwo, zawłaszcza, że najczęściej jest popędzane przez tragarzy.

Przyznać jednak muszę, że zwłaszcza pod koniec – pomimo generalnie dobrej kondycji – podchodzenie szło mi już dość ciężko. Sporym dodatkowym utrudnieniem było ostro świecące słońce, na które byłam wyeksponowana przez większość czasu. Dla osób uczulonych – tak jak ja – na promienie słoneczne może być to trudne do zniesienia. Dlatego trzeba pamiętać o wzięciu kremu i okularów przeciwsłonecznych oraz nakrycia głowy. Dawno nie cieszyłam się tak na dotarcie do schroniska i… zachodzące słońce. Nawet jeśli przyniosło to spore ochłodzenie. Trzeba bowiem pamiętać o bardzo dużych amplitudach. Temperatura odczuwalna w ciągu dnia nawet do 30 stopni, podczas chylenia się słońca ku zachodowi obniżała się do około 10, aby w nocy utrzymać się na poziomie jedynie kilku stopni powyżej zera. Tę rozpiętość trzeba koniecznie uwzględnić planując niezbędną odzież.

Na miejscu czekały na nas dwa pełne schroniska. Jednak zasada udostępniania „gleby” okazała się być na szczęście uniwersalna. Chociaż początkowo trudno było uwierzyć, że pełna przybyłych z najróżniejszych zakątków świata, rozgadanych turystów, sala stanie się sypialnią. Na dodatek w powietrzu dało się mocno odczuć aromat jedzenia zmieszany z ekscytacją przed jutrzejszym wejściem na szczyt. Ale – ku naszemu zdziwieniu – o 21.00 miejsce przeszło nieprawdopodobną metamorfozę. Większość osób rozeszła się do swoich pokoi, a obsługa schroniska bardzo sprawnie pozbierała wszystkie stoliki i krzesła, kładąc w ich miejsce niezwykle wygodne materace! Po chwili zgasło też światło, całkowicie wyciszając rozmowy. Nikt nie protestował, nikt nie łamał tej niepisanej zasady przedwczesnej ciszy. Wszystkich łączył bowiem wspólny cel: jutrzejsze wejście na Toubkala.

Czasowe strategie na szczyt były bardzo różne. Niektórzy postanowili zobaczyć go o wschodzie słońca, inni dopiero wtedy budzili się, wybierając zdobywanie szczytu w pełnym świetle słonecznym. Pierwszą strategię warto poprzedzić sprawdzeniem początkowego odcinka szlaku za dnia. Od schroniska wije się wiele ścieżynek, a niektóre z nich wiodą na piargi. Chociaż da się nim przejść, to można niepotrzebnie wywołać lawinę kamyków lub spowodować spadanie pojedynczych, ale większych kamieni. A jeśli ktoś idzie kilka metrów niżej, wtedy staje się to po prostu niebezpieczne. Sama musiałam uchylić się od spadającego obok mojej głowy kamienia. Wchodząc na wschód trzeba też dobrze obliczyć czas, aby zbyt długo nie czekać na szczycie – w niezbyt przychylnych niewyspanemu ciału temperaturach – na zbawienne promienie słoneczne.

Ja z wielu powodów wybrałam wersję standard – czyli wyjście ze schroniska równocześnie ze wstającym słońcem, czyli około 7.00 rano. Taką opcję wybrało także kilkanaście innych osób. Na szczęści zorganizowane wycieczki z przewodnikiem wyruszały po nas. No właśnie – czy idąc na Toubkala warto skorzystać z przewodnika? Wchodziłam na szczyt tylko raz – ale w takich warunkach atmosferycznych, z którymi miałam do czynienia wydaje mi się to zupełnie zbędne przy założeniu, że:
– ma się dobrą kondycję
– nie idzie się samemu
– ma się chociaż minimalne doświadczenie w chodzeniu po górach zimą i w rakach.

Tylko tyle i aż tyle. Reszta to po prostu cierpliwe wchodzenie na szczyt, które owszem może wiązać się z nowymi okolicznościami – symptomami choroby wysokościowej. Oczywiście nie wszyscy jej doświadczają. Ja jednak zaliczyłam co nie co – poczucie dojmującego zmęczenia odczuwalne w mięśniach całego ciała. Moja metoda walki z tym stanem polegała na skupieniu, byciu tu i teraz. Aby nie tracić energii, z namysłem stawiałam kroki, które zrytmizowałam liczeniem do 4. Nie szczędziłam też przystanków, robiąc je tak często jak domagał się tego mój organizm. Nawet jeśli trzeba było zatrzymywać się co chwilę, będąc przekonanym, że towarzysz ich nie potrzebuje. Dziwne to uczucie dla człowieka, który pokonuje 100 km rowerem z uśmiechem na twarzy, a podobne przewyższenia bez większego trudu. Ale to jedna z ważniejszych rzeczy, którą zapamiętam z wchodzenia na Toubkala. Pokorę jaką musisz w sobie uruchomić, kiedy twoje ciało zaczyna zachowywać się jak nigdy dotąd. Może podobnie jest, gdy zaczynamy się starzeć? 😉

Po drodze dołączył do nas samotny Grek, którego towarzysze kilka minut od wyjścia ze schroniska zrezygnowali z wejścia na Jabal. I tutaj chylę czoła przed tymi, którzy potrafią zrezygnować. Inną kategorią turystów są zorganizowane grupy ludzi o bardzo zróżnicowanej kondycji i odporności na zimową wspinaczkę górską. Widok zlęknionych osób idących w takich grupach nie był rzadkością. Najprawdopodobniej działał mechanizm – skoro zapłaciłem (a więc ktoś wziął za to pieniądze), to znaczy, że się nadaję i dostanę to, za co zapłaciłem. Nie chcę tego oceniać – bo być może właśnie ci ludzie pokonują przy tej okazji swoje lęki i ograniczenia, zdobywają swój „everest”. Kolejna warta odnotowania kategoria to tacy, którzy z wyboru wchodzą na szczyt sami. Ale myślę, że zawsze warto takie samotne osoby niezobowiązująco zagadać o towarzystwo.

No i w końcu udało się zdobyć Jabal Toubkal! Po niespełna 4 godzinach. W pełnym słońcu i przy niebieskim niebie. Odczuwalna temperatura na szczycie wynosiła około 10 stopni. A odczuwalna radość znacznie więcej! Tak, jest coś wyjątkowego i satysfakcjonującego w zdobyciu czterotysięcznika. Niezależnie od stopnia trudności. Na szczycie trzeba jednak szybko nacieszyć się chwilą. Obowiązkowo kilka fotek, a po kilkunastu minutach regeneracji trzeba schodzić w dół. Przed nami przecież jeszcze długa droga. Schodzenie do schroniska zajmuje nam już znacznie mniej czasu. Momentami można nawet zbiegać. Ale właśnie wtedy przydają się kije trekingowe. Po przepakowaniu plecaków (większość bagażu została w schronisku, aby „atakować szczyt na lekko”) czas ruszać w dalszą drogę. Tego dnia do 18.00 trzeba jeszcze oddać w Imlil wynajęty sprzęt. Schodzenie, które może wydawać się już bułką z masłem także zabiera sporo energii i czasu. Trzeba liczyć na nie około 3-4 godzin.

Postanawiam ten ostatni odcinek przejść sama. W końcu można do górskiej wędrówki dołączyć rozmyślania różne, na które do tej pory w stanie górskiego „mindfulnessu” nie było miejsca. Po drodze doganiam Greka, dla którego zejście okazuje się być najtrudniejszym odcinkiem górskiej przygody. Wysiadają mu kolana. Początkowo stanowczo odrzuca ofertę skorzystania z jednego kijka trekingowego. Ale w miarę schodzenia wszystko się zmienia – po kilkunastu minutach wspomaga się moim prawym, a później i lewym kijem. Na ostatnim odcinku nawet korzysta z maści na kolana… pierwszy raz w swoim 40-letnim życiu. (Niejednemu już uratowała… podróż ;-). Rozciągnięte – dosłownie i w przenośni – do bólu i w czasie zejście ma też swoje pozytywne strony. Rozmawiamy o kryzysie w Grecji, życiu na emigracji oraz rozstaniach i sensie wędrówki. Jak na dwóch zupełnie sobie obcych ludzi przystało.

I to właściwie jest sendo podróżowania – kiedy myślisz, że tego dnia już wydarzyło się wszystko najważniejsze, a potem okazuje się, że byłeś w błędzie.
Refugee

Reklamy

W Szczebrzeszynie – i w Maroku – chrząszcz brzmi w trzcinie

Jedziemy więc wynajętą taksówką do celu – czyli miejscowości Imlil, z której startować będzie nasz treking na Jabal Toubkal. Droga nie trwa dłużej niż 2 godziny, ale kierowca postanawia zrobić przystanek w jakiejś wiosce. Chyba po to, abyśmy oswoili się z klimatem tego kraju. I to nie tylko w sensie panujących tu wysokich jak na październik temperatur (nawet powyżej 30 stopni w ciągu dnia). Zaraz po wyjściu z auta zostajemy otoczeni przez sprzedawców pamiątek, którzy przekonują nam, że oferują naprawdę „good price” za swoje towary.

Ten jeden z najczęściej wypowiadanych w tym kraju do turystów zwrotów – jak się wkrótce przekonamy – ma już swoją równie popularną i chętnie komunikowaną przez sprzedawców wersję: „Dobra cena, dobra cena”. A to bezlitośnie przypomina nam, że nie jesteśmy pierwszymi Polakami na tym pięknym lądzie. Przed nami byli inni, a po nas będą następni. Mało tego – będziemy się spotykać w tych samych hotelach i restauracjach oraz mijać na ulicach. Za co można obwiniać (albo jak kto woli – co można zawdzięczać) taniejące ceny połączeń lotniczych.

Zwykle miejscowi mówią o Polakach dobrze, a na hasło „from Poland” reagują bardzo serdecznie. Czasem ripostują nas kolejnymi zwrotami: „za darmo” albo „masakra”. Wielu zapewnia także, że było w Polsce. I chociaż nie wiadomo, ile w tym kurtuazji potrzebnej do nawiązania relacji (zwłaszcza tej handlowej), to można pozazdrościć Marokańczykom ich otwartości na drugiego człowieka – chociaż tak innego: białego, często kapryśnego przybysza, z bogatszej, rzekomo lepszej części świata…

I być może ta sama otwartość sprawia, że tak wielu Marokańczyków, zwłaszcza w większych miejscowościach i miejscach związanych z ruchem turystycznym, ochoczo posługuje się – lepiej lub gorzej – językiem angielskim. Na prowincji i we wioskach napotkanych turystów wita się natomiast w języku byłego kolonialisty:
– Bonjour! Ca va?
– Ca va!
Francuskiego do dziś uczy się w szkołach. A w kioskach najłatwiej kupić francuskojęzyczne gazety.

Aż trudno więc uwierzyć, że w tym kraju oficjalnym językiem jest arabski. Mało tego, na co dzień większość Marokańczyków posługuje się derija – dialektem arabskiego, nie posiadającym swojej formy oficjalnej i spisanej. Używany jako język dnia codziennego. W tym miejscu należy wspomnieć także o języku berberyjskim, którym posługują się Berberowie – zamieszkujący północna część Afryki, w tym m.in. Maroko.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Marokańczycy to – na miarę swojej rzeczywistości i swoich potrzeb – poligloci. I pewnie właśnie dlatego wypowiadanie zwrotów – w podobno przecież trudnym – języku polskim wychodzi im tak naturalnie. Nawet językołamacz „w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”, którego słyszałam w Maroku nie raz, brzmiał tak dobrze w ustach tubylców. Za to nasza znajomość ich języka ograniczała się do zwrotu „Salamu alajkum”, który i tak został wyparty przez międzynarodowe: Hallo!
20181018_215338

Turysta jedzie do Maroka

Wiem, że w świecie instagrama i snapchata pisanie relacji podróżniczych staje się czynnością anachroniczną. Dlatego co jakiś czas zawieszam prowadzenie tego bloga. Po czym znów do niego powracam – sugerując się statystykami odwiedzin i wynikającą z nich wiarą, że niektórzy szukają jednak czegoś więcej niż tylko krótkich, fotograficznych relacji. Dlatego będę chciała przekazać garść cennych i praktycznych informacji, aby zachęcić do podroży do Maroka – kraju, któremu turyści są bardzo potrzebni, a podróż tę można bez większych problemów odbyć na własną rękę.

Jako pasjonat podróży, ale też osoba coraz krytyczniej odnosząca się do ekspansji turystyki, spoglądam na ten wyjazd także z szerszej perspektywy, której towarzyszą pytania: Dlaczego podróżujemy do „egzotycznych krajów”? Ile w tym jest chęci poznawania innej rzeczywistości? Czy wystarczająco dobrze przygotowujemy się do takich wyjazdów, także na kluczowe różnice kulturowe?

Początkowo cel naszej podróży był jeden: zdobyć Jabal Toubkal – 4167 m n.p.m., najwyższy szczyt Afryki Północnej i Gór Atlas. Tak zorientowana wyprawa zwalnia z obowiązku głębszego przygotowania się do podróży pod względem kulturowym. Poza tym informacje dla wybierających się do tego kraju dotyczą przede wszystkim kwestii bezpieczeństwa – głównie zdrowotnego. W internecie krąży mnóstwo ostrzeżeń na temat możliwych problemów gastrycznych, zwanych „zemstą faraona”. Sama im uległam, zabierając ze sobą spory pakiet lekarstw – w tym m.in. na wspomniane schorzenie oraz wykupując dodatkowe ubezpieczenie pokrywające koszty leczenia i transportu zwłok. Jak widać zupełnie niepotrzebnie…

Przygotowani zatem na najgorsze jedziemy. Trwająca ponad 4 godziny podróż samolotem upływa w towarzystwie głównie polskich turystów, zmierzających mniej więcej po to samo – po wyjątkowe wrażenia (i fotki?). Chociaż mających się realizować w różnych formach i konfiguracjach – poniekąd odzwierciedlających współczesne relacje ludzkie. Na pokładzie znaleźli się bowiem turyści korzystający ze zorganizowanych (nie najtańszych) wycieczek – m.in. adresowanych do singli, podróżujący w ledwo-co-utworzonych grupach na portalach społecznościowych, których trwałość zweryfikuje niebawem afrykańska rzeczywistość. Warto odnotować, że wśród podróżujących dało się także dostrzec tradycyjne grupy znajomych.

Po wylądowaniu większości z nas najprawdopodobniej kołacze się po głowie: No to ruszamy na podbój Afryki. Ale póki co to ona nas podbija. Na lotnisku w Marakeszu stoimy w długiej kolejce, w której musimy złożyć kartę przyjazdu – gdzie m.in. wpisujemy cel podróży i adres pobytu. Co prawda, urzędnicy celni podchodzą do sprawdzenia dość rutynowo, ale jak zwykle w takich sytuacjach doceniam Strefę Schengen. Przechodzimy także kontrolę bezpieczeństwa bagażu – również prowadzoną dość pobieżnie. Ku mej uciesze, zabrane przeze mnie z Polski kije trekingowe nie wzbudzają niczyjego zainteresowania.

Na nowoczesnym i czystym lotnisku można dokonać dwóch kluczowych dla turysty czynności – wymienić walutę (najłatwiej zabrać ze sobą euro, którym można też bez problemu płacić w wielu miejscach) i zaopatrzyć się w kartę sim, szczególnie cenną ze względu na obowiązujące tu stawki. Treść powitalnego smsa wysłanego przez mojego polskiego operatora nie pozostawia żadnych wątpliwości – nawet chwilowe włączenie przesyłu danych podczas pobytu w Maroku będzie miało swoje istotne konsekwencje finansowe. Naprzeciw tej pokusie wychodzi hostessa, która w imieniu lokalnego operatora na lotnisku rozdaje za darmo karty. Chociaż w sumie nie tak zupełnie za darmo… To co w Europie wywołuje obecnie paniczny strach, tutaj nie wywołuje żadnej reakcji. Pani grzecznie prosi każdego, kto zdecydował się na kartę, aby otwarł paszport w celu sfotografowania jego danych. Może to wakacyjny nastrój, a może ocalone resztki normalności – nikt nie poddaje pod wątpliwość zasadności tej czynności. A za aktywizację bezpłatnej karty – jak się okaże – i tak trzeba będzie zapłacić. Welcome to Morocco.

Wszystkie te czynności zabierają nam więcej czasu niż zakładaliśmy więc zaczynamy się zastanawiać, czy zamówiona jeszcze w Polsce przez internet taksówka będzie wciąż czekać. Ku naszemu zdziwieniu przy wyjściu stoi kierowca, trzymając w ręku kartkę z imieniem i nazwiskiem jednego z nas, zupełnie nieporuszony naszym prawie godzinnym spóźnieniem. Tłumaczymy to sobie marokańskim podejściem do czasu. Później okaże się, że wyjaśnienie leży gdzie indziej – to raczej marokańskie podejście do pieniądza… Cena, którą zapłacimy za taksówkę okaże się bowiem odbiegać od tutejszych „stawek rynkowych”. No ale cóż, trudno zorientować się jaka jest ta właściwa cena, gdy się nie jest na miejscu. Zwłaszcza w kraju, gdzie targowanie się jest niemalże sposobem obcowania z drugim człowiekiem…

20181012_124718_na stronę 1

Keflavik nie Reykjavik, czyli gdzie lądują (różne) samoloty

DSC_6520

Najprostszym sposobem dotarcia na Islandię jest oczywiście droga powietrzna. Z Polski do Islandii lata dwóch przewoźników:
– WOW air (islandzkie tanie linie lotnicze) – tylko z Warszawy
– Wizz Air (węgierskie tanie linie lotnicze) – z Katowic, Wrocławia, Warszawy, Poznania, Gdańska.
Loty WOWaira będą dostępne od czerwca, cenowo zbliżone do tego co oferuje węgierska konkurencja. Natomiast Wizzairem latać można przez cały rok. Obecnie dwa razy w tygodniu – dzień zależny jest od miejsca startowego. Ceny biletów zdają się być podyktowane trzema czynnikami: monopolem, pogodą i … rosnącą popularnością Islandii. Im bliżej „letniego sezonu”, tym drożej. Ceny biletów Wizzaira na nadchodzący sezon istotnie podrożały wobec zeszłorocznych połączeń wakacyjnych wyszukiwanych mniej więcej w tym samym czasie. Wybierając się więc latem na Islandię, warto rozważyć także opcję wylotu z portów poza granicami naszego kraju.

Lot na Islandię z Polski trwa około 4 godzin. Na koniec urozmaicają go – o ile pogoda pozwala – fantastyczne widoki wyspy. Dlatego warto zainwestować te kilka groszy w bezcenne miejsce przy oknie. Lądujemy jednak nie w stolicy kraju – Reykjaviku, lecz położonym od niego o 50 km Keflaviku, gdzie znajduje się największe lotnisko Islandii, zwane także Międzynarodowym Portem Lotniczym Reykjaviku…

Ten jednak niezbyt imponujących rozmiarów port wybudowany został podczas II wojny światowej przez Amerykanów do celów wojskowych. Po wojnie, kiedy Islandia wstąpiła w 1946 r. do NATO, port Keflavik stał się bardzo ważną bazą NATO na terenie GIUK (Grenlandia – Islandia – Wielka Brytania). Równocześnie lotnisko wojskowe udostępnione zostało Islandczykom do międzynarodowego transportu pasażerskiego. Amerykanie w latach 1951-2006 przeprowadzali stąd operacje śledzące ruchy floty radzieckiej. Wykorzystywali bazę także podczas wojny koreańskiej.

Obecność obcych wojsk przyniosła Islandii określone profity. Wyspa została objęta powojennym Planem Marshalla, co zapewniło rozwój kraju, oparty przede wszystkim o budowę elektrowni wykorzystujących nieskończone bogactwo naturalnych źródeł energii. Obecność Amerykanów na wyspie miała także wpływ na depopulację i tak małego narodu – wielu żołnierzy wracało do swojego kraju z islandzkimi żonami… Ale nie tylko z tych powodów ich pobyt spotkał się z niechęcią części Islandczyków. Stojąc na straży islandzkości, obawiali się oni amerykanizacji kraju. A dla wielu zwłaszcza z lewej strony sceny politycznej, ważną cechą islandzkiej tożsamości był niemilitarny charakter kraju. Pomimo członkostwa w północnoatlantyckim sojuszu wojskowym Islandia do dziś nie posiada stałych sił zbrojnych.

A tymczasem Amerykanie doceniając znaczenie – tego postrzeganego jako peryferyjny – kraju snuli w okresie zimnej wojny plany stworzenia na terenie bazy w Keflaviku magazynów do przechowywania broni jądrowej. Planów nie skonsultowano jednak z islandzkim rządem… w obawie przed konsekwencjami. Zdawano sobie sprawę, że pokojowo nastawiona Islandia może wręcz wyjść z NATO. Zrezygnowano więc z pomysłu, a kolejnym argumentów była… prowincjonalna atmosfera okolicy miasteczka, gdzie wszyscy się znają i wiedzą, co się dzieje dookoła. O kulisach ujawnionych dopiero niedawno planów amerykańskich można przeczytać w National Security Archive

Amerykański plan trafił już do archiwum, ale przylatując do 8-tysięcznego Keflaviku wciąż ma się wrażenie, że wylądowało się w jakieś wiosce. Dwa lata temu pojawiły się jednak doniesienia o możliwym powrocie wojsk amerykańskich do Keflaviku – jednak już na innych zasadach, opartych na tymczasowej obecności. Bo XXI w. przynosi przecież nowe wyzwania dla globalnego bezpieczeństwa, a mówiąc wprost powrót amerykańskiej obecności wiąże się z rozbudową rosyjskiej marynarki podwodnej.

Póki co przyszłość portu dyktowana jest jednak przede wszystkim przez czas „kapitalistycznego pokoju”. W najbliższych latach planowana jest rozbudowa lotniska tak, aby zwiększyć przepustowość portu i sprostać rosnącej liczbie pasażerów. Poza odwiedzającymi wyspę turystami, lotnisko pełni bowiem – także dzięki swojemu specyficznemu położeniu – bardzo ważną funkcję międzykontynentalną. Jest centrum przesiadkowym dla ruchu pasażerskiego pomiędzy USA a Europą. W przyszłości z tych samych powodów ma rozwijać się także jako punkt tranzytowy cargo.

Usytuowana na granicy dwóch kontynentów Islandia, czego geologicznym potwierdzeniem są płyty tektoniczne (o wszystko mówiących nazwach): eurazjatycka i północnoamerykańska, przestaje więc być odległą, peryferyjną krainą ognia i lodu…

Moja islandzka opowieść

Islandia – dla jednych wielkie marzenie podróżnicze, dla innych jakaś odległa kraina kojarzona co najwyżej z gejzerami, dla jeszcze innych symbol lepszego życia – na chwilę albo na jak najdłużej. Wiadomości z tej odległej wyspy dobiegają do Polski sporadycznie i są raczej z gatunku tych niewiarygodnych. Dowiadujemy się o tym, że decyzja o budowie drogi została zmieniona ze względu na zamieszkujące tam elfy, że Prince Polo to ulubiony przysmaków najmłodszych Islandczyków, i że eksplodujący na wyspie wulkan sparaliżował ruch lotniczy nad Europą. No a do tego każdy przedszkolak wie, że „Kraina Lodu” istnieje tylko w bajce. Co to za dziwny kraj?!

No może jedynie informacja na temat szybkiego i skutecznego wyjścia Islandii z kryzysu ekonomicznego była tą, która wywoływała bardziej rzeczowe myślenie o wyspie. Zwłaszcza, że dotyczyła niektórych Polaków. W sumie więcej niż niektórych – już od końca lat 90-tych stanowimy bowiem najliczniejszą mniejszość narodową zamieszkującą Islandię (zdetronizowaliśmy tym samym Duńczyków). Chwilowo napływ do Islandii został zahamowany właśnie przez kryzys w 2008 r. Jednak nadal jesteśmy najsilniejszą reprezentacją innych narodów w tym kraju. A ostatnie lata to napływ pracowników – obok branży budowlanej i rybołówstwa – także do usług turystycznych. Ale nie ma się co dziwić, bo w sektorze pracy nie brakuje zwłaszcza, że od kilku lat Islandia przeżywa prawdziwy najazd odwiedzających z całego świata – na wyspę przyjeżdża ponad milion turystów rocznie, a Islandczyków jest ponad 300 tysięcy. Dlatego – podobno – mówiący po angielsku Polacy znajdują zatrudnienie na wyspie… w 5 dni. Zdarza się, że za pracą z Polski przybyli ostatnio także ci, których przywiodła bardziej sytuacja polityczna niż ekonomiczna naszego kraju – o czym mogłam przekonać się osobiście. Bo wypytywanie o powody emigracji było jednym z moich ulubionych pytań stawianych napotkanym krajanom. A respondentów znajdywałam w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.

Ale na Islandię nie jedzie się przecież, aby z ludźmi konwersować, ale aby doświadczać pustki i potęgi natury, które nota bene wywołują fundamentalne pytania o to jak żyje się na Islandii. Zwłaszcza, że to bardzo długie życie. Bo 100 lat nie jest tu wyłącznie urodzinowym życzeniem, lecz realnym wyzwaniem. Z danych statystycznych wynika, że kobiety średnio żyją 81 lat, a mężczyźni 76 lat. To może dlatego właśnie tutaj wydaje się najwięcej książek na mieszkańca albo powstaje tyle pięknej muzyki? Więcej pytań niż odpowiedzi, które wyrzucają człowieka z utartych torów myślowych służących do poruszania się na co dzień.

Dlatego postanowiłam zacząć nowy etap w moim – nie tylko blogowym – życiu: oddać się fascynacji Islandią. Wykorzystuję do tego bloga pierwotnie poświęconego Australii. A skoro – ku mojemu zdziwieniu – ma on wciąż swoich czytelników i odwiedzających, to czemu nie kontynuować podróżniczych (nie mylić z urlopowymi) opowieści? Jak sama nazwa wskazuje, blog ma być dedykowany miejscom od wschodu do zachodu. Więc czas najwyższy wrócić do tego postawienia. A jeśli poszukiwać związków między Australią i Islandią, to jeden nasuwa się natychmiast. Nieskończony horyzont oraz zapierające dech w piersiach przestrzenie. I to nie naciągana analogia. Tylko coś, co właśnie w tych obu krajach fascynuje mnie najbardziej i powoduje pragnienie powrotu chociaż na chwilę (do wielkiej trójki dorzucam jeszcze Nową Zelandię). I to wbrew mej zasadzie niewracania w te same miejsca.

Seria islandzkich wpisów to także odpowiedź na pytania o wrażenia z podróży – postaram się skumulować tutaj swoje wspomnienia i obrazy, podam także kilka informacji praktycznych, które mogą przydać się innym. Ale pisząc, będę także sama chciała dowiedzieć się więcej o tej niezwykłej wyspie. Relacja będzie podzielona więc na odcinki, zwłaszcza, że pisanie i pokazywanie Islandii należy moim zdaniem dawkować. Aby delektować się nią jak najdłużej i jak najintensywniej. I w myśl zasady, że podróż dzieli się na 3 etapy – przygotowania, podróżowania oraz wspominania – pragnę rozciągnąć jak najdłużej w czasie ten ostatni. Ale wierzę, że już niebawem przejdę do etapu pierwszego – czyli planowania podróży na Islandię. Do czego zachęcam i Was :-). Zapraszam zatem do wspólnej podroży.

Z nowej perspektywy

Podróż nigdy się nie kończy. I chociaż pisałam o tym kilka miesięcy temu, to potwierdzam to także z polskiej, zimowej perspektywy. Kiedy wyjeżdżałam ponad trzy lata temu z Australii, miałam w sobie – jako podróżniczka – sporo wątpliwości. Jak po tym, gdy zobaczyłam tak wiele niezwykłych miejsc w Australii oraz sąsiedniej Nowej Zelandii wracać na stary kontynent? Czy będę jeszcze potrafiła zachwycać się przyrodą i przestrzenią w zatłoczonej i zadeptanej przez turystów Europie? Czy będę odkrywać, czy tylko podążać utartymi – dosłownie i w przenośni – ścieżkami? Czy będę mogła jeszcze kiedykolwiek doświadczyć tego niesamowitego poczucia pustki przestrzeni? Czy poczuję znów ten dreszcz, który wywołuje we mnie pytanie – kiedy ostatnio ktoś był tu przede mną?

Te bardzo ważne dla mnie pytania powracały często po wyjeździe z Australii, sprowadzając się właściwie do jednego – Czy mam szansę na bycie w podróży tutaj w Europie?

I właściwie nie mam gotowej odpowiedzi. A to właśnie dlatego, że cały czas próbuję i sprawdzam. Co wyszło mi na dobre. No właśnie – chęć odkrywania wymusiła na mnie niemalże ciągłe poszukiwanie, wywołała pragnienie dotarcia do kolejnych miejsc z nadzieją, że może tym razem będzie to przestrzeń, dzięki której doświadczę piękna i niezwykłości – bo jak dla mnie to one są najważniejsze w podróży. Ale bardzo szybko zrozumiałam, że muszę przestać porównywać i oczekiwać, że cokolwiek będzie podobne do tego, co przeżyłam tam. To trochę jak z nową miłością – nie porównuje się jej z żadną poprzednią. I o ile przeszłość wzbogaca perspektywę, to nie powinna być dla niej punktem odniesienia.

A ja postanowiłam tę perspektywę zmienić… i zaczęłam patrzeć na świat z poziomu siodełka rowerowego. I to był strzał w dziesiątkę. Na dodatek, po powrocie okazało się, że powstają kolejne trasy rowerowe, dzięki którym mogę dotrzeć tam, gdzie zmotoryzowany nie dojedzie, a piechur nie dojdzie. Tak zaczęła się moja nowa przygoda – poznawanie świata na dwóch kółkach. Niezwykłe i piękne! Chociaż zupełnie inne. Dlatego kończę już swoja australijską opowieść, która – kto wie – może będzie miała kiedyś kolejne rozdziały. Teraz czas na coś zupełnie nowego. Żegnaj przygodo. Witaj przygodo!IMG_3685.JPG

Podróż się (nie) kończy

DSC_7736Każda podróż musi się kiedyś skończyć. Na szczęście ludzka pamięć pozwala przedłużać podróżowanie nawet w nieskończoność. Bywa, że jest we mnie więcej wspomnień niż obecności w teraźniejszości. Temu też służy pisanie – utrwalaniu wspomnień, nadawaniu im formy. Tyle, że czasem jest ona wymuszona albo nieadekwatna. Bo poza tym, co zrozumiałe – poznaniem czy gromadzeniem obrazów – w podróżowaniu chodzi mi o coś jeszcze. Niewyrażalne coś, które tak naprawdę stanowi siłę napędową dla umysłu i ciała. To ono sprawia, że jestem w stanie wstać bardzo wcześnie rano, wędrować w 40 stopniowym upale, czy zmieniać dotychczasowe jakże racjonalne i słuszne plany.

Najsilniej doświadczyłam tego właśnie na antypodach, gdzie podróżowanie dało mi poczucie obcowania z sobą i ze światem znacznie silniej niż w jakiejkolwiek innej podróży. A to wszystko dzięki dojmującej pustce i ciszy, która jest jednak tak pełna, że nie potrzeba przełamywać jej słowem. Nie trzeba nawet o niej myśleć, lecz jedynie w niej być, medytować ją. I to chyba mój powód, dla którego podróżuję.

Właśnie przed chwilą przeczytałam zapowiedź reportażu autorstwa Mateusza Waligóry, który ukaże się we wrześniowym National Geographic Traveler. Próbując uciekać od nadmiaru słów, po prostu zacytuję: „To właśnie na antypodach zaraziłem się pasją przemierzania pustyń. Ich niezmąconą ciszą i niespotykanym spokojem. Właśnie taki jest Salar de Uyuni. Gdy nie doskwiera mi wiatr cisza zdaje się być absolutna. Przerywa ją jedynie dźwięk chrupiącej pod stopami soli. Trzeszczy aż miło. Gdy podróżujesz pieszo kolejne kroki zdają się wyznaczać monotonny rytm, którego uzupełnieniem są dziesiątki myśli wypełniających głowę. Marsz nieuchronnie zamienia się w medytację. Od wschodu aż do zachodu słońca. Dzień za dniem”.