Yoram Gross

„Krakowiaczek ci ja…”

W 2011 roku w Australii odbyła się premiera autobiograficznej książki Yorama Grossa „My animated life” (polskie wydanie pt. “Wybrało mnie życie. Wspomnienia z Czasów Okupacji i nie tylko” ukazało się na rynku w 2008 r.). Dzięki niej czytelnicy mogli poznać fascynującą historię życia ojca australijskiej animacji, zwanego też australijskim Disneyem, a także dowiedzieć się o jego polskich korzeniach oraz silnych związkach z naszym krajem.
W tym samym roku roku twórca obchodził on 85 urodziny. Z tej okazji w Polsce zorganizowany został uroczysty benefis z udziałem reżysera oraz premierowy pokaz filmu dokumentalnego „Krakowiaczek ci ja…” w reżyserii Tomasza Magierskiego, opowiadający o sentymentalnej podróży Grossa do kraju. Podczas wydarzenia twórca został odznaczony Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze – Gloria Artis.
27 czerwca 2012 roku w Ambasadzie Polskiej w Canberze odbyła się uroczystość, której celem było podkreślenie zasług reżysera dla kultury polskiej. Yoram Gross z rąk ambasadora RP, Andrzeja Jaroszyńskiego otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Zasługi RP, nadany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Z Yoramem Grossem dla serwisu Portalfilmowy.pl rozmawia Małgorzata Krakowiak.

Portal Filmowy: Zanim wszedł Pan do świata filmu, myślał Pan o karierze muzycznej. Czy z łatwością porzucił Pan marzenie o graniu Chopina? No i czy ta wielość zainteresowań skonfrontowana z niedużymi szansami na ich realizację nie doskwierała Panu, czy raczej pomagała przetrwać ten niełatwy czas?

Yoram Gross: Ja nigdy w moim długim życiu nie myślałem o robieniu kariery – ani muzycznej ani filmowej. Prawdą jest, że studiowałem na Uniwersytecie Jagiellońskim muzykologię i muzykę w krakowskim konserwatorium. Robiłem to jednak tylko dlatego, że muzyka, a szczególnie dobra muzyka, sprawiała mi – i tak jest do tej pory – kolosalną przyjemność. Moje uszy się cieszą słuchając Chopina, moja dusza wprost szaleje z radości, a oczy moje zawsze łzawią, kiedy ktoś dobrze wykonuje utwory genialnego Fredzia. W dalszym ciągu gram codzienne na fortepianie, ale tylko dla siebie.

PF: Czy o tym, że postanowił Pan związać się z tą branżą zadecydował przypadek, fakt, że trafił Pan na tak dobrych nauczycieli? Czy wierzy Pan w zrządzenie losu, a może przeznaczenie? Czy zatem „wybrało Pana życie”?

YG: Jak już wspomniałem, jestem bardzo słabym muzykiem, a 60 lat temu byłem jeszcze gorszym. I chyba dlatego doszedłem do wniosku, że muzyka nie może być moją przyszłością i muszę szukać innych przyjemności w życiu. Bo w zasadzie cokolwiek robiłem, a także to, co robię teraz, nie jest moim fachem, lecz hobby. Chyba jestem leniwy, bo nigdy nie chciałem pracować jak porządny człowiek – ani na budowie, ani na poczcie. Chciałem robić to, co sprawiałoby mi przyjemność. Mój najstarszy brat, Natan, jeszcze przede mną stawiał pierwsze kroki w przemyśle filmowym jako asystent reżysera. I to właśnie on przekonał mnie, abym także spróbował tej przyjemności. Po małym egzaminie przyjęto mnie do Łódzkiej Szkoły Filmowej, ale zamiast posłać mnie na wykłady posłano mnie natychmiast do studia na ulicę Łąkową, abym asystował reżyserowi Cękalskiemu, który kręcił „Jasne łany”. I tak zostałem trzecim, ostatnim jego asystentem. Pierwszym był Kazio Szejbal, a drugim Wojtek Jerzy Hass. A potem znowu nie mogłem pójść do szkoły filmowej, ponieważ Eugeniusz Cękalski poprosił mnie, abym asystował mu przy jego następnej produkcji. Po pewnym czasie Joris Ivens, wspaniały reżyser holenderski, został zaproszony do reżyserowania filmu „Nowe demokracje”. I znów zostałem przydzielony, aby mu asystować. I zamiast uczyć się w szkole filmowej, jak się robi filmy, uczyłem się od tych wspaniałych ludzi. W efekcie zorientowałem się, że jest to bardzo łatwe. Problem polega tylko na tym, jak zrobić… dobry film. Bo to, istotnie, wielka sztuka. I niektórzy filmowcy rzeczywiście to potrafią.
PF: Czy do wyjazdu z Polski skłoniła Pana sytuacja społeczno-polityczna kraju, czy poszukiwanie swojego miejsca na ziemi i lepszej perspektywy kariery?

YG: Nie, ja nie chciałem z Polski wyjechać. Ta okropna druga wojna światowa skończyła się. Matka moja po Oświęcimiu i Ravensbruck wróciła szczęśliwie do Krakowa. Czekaliśmy na ojca łudząc się, że może wróci, że może udało mu się przeżyć ten okropny czas. Tak się nie stało – straciłem ojca. Pomimo tej kolosalnej tragedii moja mądra matka postanowiła zostać w Krakowie, gdzie urodzili się nasi dziadkowie, pradziadkowie i prapradziadkowie. Niemniej jednak stało się inaczej. Będąc Żydem dostałem kawałek papieru, pozwalający nam (byłem już wtedy żonaty) na podróż tylko w jedną stronę do Izraela.

PF: W Izraelu zrobił Pan swoje pierwsze filmy eksperymentalne, które zdobyły uznanie także za granicą. Na ile okoliczności, między innymi ograniczone środki finansowe, wpłynęły na wybór takiej formy?

YG: Istotnie, będąc w Izraelu, nie szukałem już innego zajęcia. Robienie filmów nawet w tych trudnych warunkach sprawiało mi przyjemność. I filmy te, zresztą bardzo krótkie, nazywane były przez dyrektorów międzynarodowych festiwali eksperymentalnymi. Całkiem możliwe, że powstanie filmów w takiej formie było spowodowane brakiem finansów. Nie mogłem sobie pozwolić na zaproszenie żywego aktora, natomiast zrobienie postaci ze srebrnej folii wyjętej z paczki papierosów było o wiele tańsze i dawało dużo przyjemności. Więc eksperymenty polegały na tym, że zamiast prosić wybitnych i znanych aktorów o zagranie w tych małych produkcjach, „angażowałem” zapałki, pomięty papier gazetowy, srebrną folię i świeczki woskowe. I tak trzy zapałki przedstawiały historię miłosną, a trzy woskowe świeczki „opowiadały” o tragedii wojennej.

PF: Czy nie jest tak, że doświadczenia wojenne miały wpływ na całą Pana twórczość?

YG: Ktoś powiedział, że przeżycia wojenne stoją mu w gardle, bo wypluć ich nie może i strawić ich też nie może. Ja tego kogoś doskonale rozumiem. Nie mogę się pozbyć myśli o tych niesamowitych latach i w większości moich krótkich filmów tę gorycz można wyczuć. Dlatego w dalszym ciągu robię krótkie, niekomercyjne filmy, powiedzmy eksperymentalne. Głównie o tematyce wojennej i tragediach, które przeżyłem lub widziałem, bo to wszystko wciąż leży mi na sercu i tego „ciężaru” nie mogę się pozbyć.

PF: Czy zatem o wyborze Australii jako miejsca życia zadecydowała bardziej przestrzeń do zagospodarowania w branży filmowej czy ogromny dystans, który dzieli ten kraj także od konfliktów i wojen?

YG: Z moich „srebrnych aktorów” powstał wesoły, krótki film „Hawa Nagila” opowiadający o klezmerach. Film ten, chociaż bez udziału wielkich gwiazd, dostał mnóstwo międzynarodowych nagród. Między innymi za ten film uhonorowano mnie… artykułem w australijskiej gazecie. Zostałem wspomniany w tekście opisującym festiwal w Melbourne. Krytyk napisał „takich filmowców potrzeba w Australii”. I to sprowokowało mnie do decyzji o opuszczeniu Izraela. Chociaż myśl o wyemigrowaniu z Tel-Awiwu narodziła się jeszcze wcześniej – w momencie kiedy urodził się nam syn, nasze pierwsze dziecko. Nie chciałem, aby przeżywał wojnę, tak jak mnie się to przytrafiło. A jak pani wiadomo, Izrael niestety nie jest krajem pacyfistycznym.
PF: Zatem szczęśliwie narodziła się możliwość wyjazdu do kraju, który nigdy nie doświadczył żadnej wojny, kraju który przyjął Pana bardzo serdecznie i w którym został Pan uznany za ojca tutejszej animacji. Wprawdzie przed Panem animowane filmy robił w Australii Eric Porter, ale to Pana obrazy stały się częścią australijskiej kultury.

YG: Jeśli chodzi o początki australijskiej animacji, to Eric Porter był wspaniałym człowiekiem i wspaniałym reżyserem. Wyprodukował pierwszy australijski pełnometrażowy film animowany „Marco Polo”. Animacja była na bardzo wysokim poziomie technicznym i artystycznym, ale tematycznie, hmm… Marco Polo żyjący na przełomie XIII/XIV wieku nie miał zbyt dużo wspólnego z Australią. I możliwe, że to właśnie było powodem niezbyt entuzjastycznego przyjęcia filmu. Moja żona Sandra i ja postanowiliśmy zrobić nasz pierwszy animowany film w tym kraju wybierając bardziej australijską tematykę. Tak powstał „Dot and the Kangaroo”. Otrzymał on wiele nagród, a mnie, nie wiwm, czy słusznie, przyznano Order of Australia. Większa część naszych późniejszych produkcji też miała australijski charakter. „Blinky Bill” to nasz następny sukces – wyprodukowałem pełnometrażowy film o australijskim niedźwiadku czyli koali. A popularność tej postaci sprowokowała mnie do zrobienia siedemdziesięciu ośmiu półgodzinnych filmów telewizyjnych. „Skippy” to kolejna nasza seria telewizyjna, opowiadająca historyjki innego australijskiego zwierzątka czyli kangura.

PF: Przejście od filmów eksperymentalnych do animowanych filmów dla dzieci może wydawać się radykalne?

YG: To prawda. Uważam – i tak uczę młodych, z którymi pracuję – że jeśli nie masz nic do powiedzenia, to nie rób filmów. Bo film musi coś mówić, tak samo jak dobra kompozycja muzyczna czy obraz. A jeżeli nie rozumiemy języka, którym do nas mówi twórca, to już jest wyłącznie nasz problem, gdyż oznacza to, że nasza wiedza jest ograniczona. Poprzez eksperymentalne obrazy przekazuję moją myśl raczej ludziom dorosłym. Bo tej formy używam na ogół do smutnych historii, a nie chciałbym smucić dzieci. Chociaż, prawdę mówiąc, dorosłym trudno powiedzieć coś nowego. Oni wiedzą już wszystko. Natomiast dzieciom przez swoje animacje opowiadam o rzeczach radosnych, bo będą jeszcze miały czas, aby dowiedzieć się o tragediach tego świata.

PF: Czy ta australijskość Pana animacji, przejawiająca się nie tylko w kreacji głównych postaci, była łatwa do uchwycenia i pokazania właśnie dlatego, że nie urodził się Pan w Australii? Czy ma Pan dystans do tego kraju?

YG: Chyba wojna nauczyła mnie dostosowywać się do warunków, w których żyję. Jak pani wiadomo, urodziłem się Żydem i jakkolwiek nie jestem pobożnym człowiekiem, ale z tych czy innych przyczyn zdawałem sobie sprawę z przynależności do tej społeczności. Dlatego przestrzegam jej tradycji. Kiedy wybuchła druga wojna światowa i Hitler postanowił zamordować wszystkich Żydów moja matka kupiła fałszywe dokumenty stwierdzające, że jesteśmy chrześcijanami. I tak w ciągu jednego dnia z Żyda zamieniłem się w katolika – chodziłem do kościoła, gdzie się modliłem i nawet w pewnym okresie zostałem organistą kościelnym i grałem co niedzielę na mszy. Chyba te doświadczenia nauczyły mnie zmieniać osobowość. I dlatego nie było dla mnie dużym problemem, aby zaadaptować się do gorącego klimatu izraelskiego, a potem przenieść się z Izraela do Australii i być dobrym oraz lojalnym obywatelem tego kraju.

PF: Chociaż jest Pan lojalnym obywatelem Australii, wciąż pięknie mówi Pan po polsku. I w tym języku napisał Pan także swoją autobiografię „Wybrało mnie życie”. Ostatnio obchodził Pan w Krakowie swoje 85. urodziny. Czy zawsze utrzymywał Pan tak bliskie związki z Polską?

YG: Przede wszystkim dziękuję za ten komplement o moim języku polskim. Szkoda tylko, że nie mam zbyt dużo do powiedzenia… Mój hebrajski, który znam „z widzenia” dzięki pobytowi w Izraelu oraz angielski, który ”udoskonaliłem” w Australii, są bardzo dalekie od poziomu umożliwiającego mi swobodną komunikację. Polski to jedyny język, w którym łatwo mi się porozumiewać. W 1950 roku opuściłem kraj i przez wiele lat nie miałem żadnej łączności z moimi przyjaciółmi, dopiero po 1989 roku, kiedy czasy się zmieniły, pojechałem natychmiast do Polski, aby się z nimi spotkać. Od tego czasu przynajmniej raz w roku odwiedzam kraj, w którym się urodziłem. Jak pani słusznie zauważyła, w poprzednim roku związek filmowców polskich urządził mi moje 85. urodziny.

PF: Jak się Pan czuje we współczesnej Polsce i Krakowie? W swoim filmie „Krakowska jesień”, za pośrednictwem poezji swojego brata, Natana, wraca Pan pamięcią do Krakowa dzieciństwa i młodości, do miasta którego już nie ma. Czy zatem „Krakowiaczek ci ja …” z filmu Tomasza Magierskiego to mieszkaniec przedwojennego Krakowa?

YG: We współczesnym Krakowie czuję się wspaniale. A o Krakowie, którego już nie ma, mój brat Natan, poeta, reżyser filmowy i dziennikarz, pisał w swoim wzruszającym poemacie „Krakowska jesień”. I właśnie na podstawie jego poematu zrobiłem razem z moim synem Guy’em krótki, ale smutny film. Guy wprawdzie nie jest zawodowym filmowcem, ale pochodzi z tej samej branży. Jest jednym z wybitnych australijskich kompozytorów, napisał muzykę do wielu znanych filmów, między innymi do “Priscilli – królowej pustyni” . Chciałbym też wspomnieć o mojej córce Karen, która jest wspaniałą rzeźbiarką. Większość czasu poświęca niepełnosprawnym dzieciom, które uczy.

PF: I jak mogliśmy zobaczyć w filmie „Krakowiaczek ci ja …” może Pan być dumny nie tylko ze swoich dzieci, ale i z całej gromady wnuków.

YG: Tak. W ubiegłym roku zaprosiłem wszystkie moje dzieci i wnuki, cztery dziewczynki i chłopca, do Polski, a przede wszystkim do Krakowa, by pokazać im skąd ich ojciec i dziadek się wywodzi.

PF: Czyli świętowaliście wspólnie w Krakowie?

YG: Guy pytał mnie „Tata, dlaczego nie mieszkamy w Krakowie?”. Udawałem, że nie słyszę pytania, bo ciężko byłoby mi na to odpowiedzieć. Dzieci i wnuki były zachwycone Krakowem i moimi krakowskimi przyjaciółmi. A o jedzeniu w restauracji „U Kucharzy” nie mogą zapomnień do dziś. Tak samo zachwyciła ich Kawiarnia Noworolski, do której chodziłem z moją matką przed wojną. Na dodatek w dniu moich urodzin prezydent miasta Krakowa, pan Jacek Majchrowski, zaszczycił mnie, przyznając order „Honoris Gratia” za szczególne zasługi na rzecz Krakowa i Krakowian.
PF: Ale dom ma się tylko jeden, tam gdzie je się chleb – jak mawiała Pana mama. Gdzie zatem czuje się Pan „u siebie”?

YG: Czasami nazywam siebie „profesjonalnym emigrantem”. Francuski pisarz Eugeniusz Sue w XIX wieku napisał książkę „Żyd wieczny tułacz” i możliwe, że tak powinienem siebie nazwać.

PF: Porozmawiajmy jeszcze o Pana najnowszych i przyszłych projektach. Ostatni Pana film „Profesor Filutek”, nawiązuje do rysunków Zbigniewa Lengrena. To chyba zatem kolejny Pana eksperyment?

YG: Profesora Filutka robię tak jak, moim zdaniem, życzyłby sobie Lengren – staram się utrzymać jego styl, nie myśląc o adoptowaniu tych wspaniałych humoresek dla australijskich odbiorców. To są humoreski Lengrena a nie Grossa, który stara się tylko Profesora i jego pieska Fafika ożywić. No a poza tym nie bez znaczenia jest to, że Profesor Filutek pochodzi z tego samego miasta co ja, więc mamy ze sobą dużo wspólnego.

PF: Na przykład?

YG: Mam wrażenie, że my krakowianie nie zmieniamy naszego charakteru i naszych upodobań. Jako młody człowiek lubiłem jajecznicę z dwóch jajek i tak mi pozostało. I do dziś, tak jak Profesor Filutek, okropnie lubię kobiety, bez względu na to, ile mają lat. Tylko kark mnie boli od oglądania się za nimi.

PF: A jakie są Pana kolejne plany?

YG: Kto to wie. Ludzie w moim wieku już nie planują. Po prostu staram się stworzyć coś dobrego, może się uda. A tak w ogóle to ja już swoje zrobiłem – mam wspaniałe dzieci, a to chyba tego natura od nas oczekuje przede wszystkim.

Małgorzata Krakowiak / portalfilmowy.pl 12 lipca 2012 15:52
źródło:

http://www.sfp.org.pl/wydarzenia,93,9063,1,1,Yoram-Gross-krakowiaczek-ci-ja.html

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s