Odkrycie czy wyobraźnia, czyli o tym jak ujrzałam figury Bradshawa

Postanowiliśmy się rozdzielić – tak będzie szybciej, a do tego każdy z nas ma inną intuicję, gdzie szukać. Napięcie i nadzieje, że coś znajdziemy są tak duże, że nawet nie dogadaliśmy się za ile i gdzie się spotkamy. Takie rozwiązanie byłoby o tyle przydatne, że nie ma tu – zresztą jak w wielu miejscach Kimberley – zasięgu.

Ja postanawiam szukać blisko „swimming hole”. Jest tu tyle skalnych wnęk, że gdzieś na pewno kryje się jakaś galeria. Po kilkudziesięciu minutach bezskutecznego zaglądania skałom w ich przeróżne zakamarki zaczynam jednak wątpić, czy cokolwiek znajdziemy, czy przyjazd tu miał w ogóle sens, i czy nie lepiej byłoby jechać zgodnie z planem. Pełno pytań i wątpliwości. Rozglądam się dookoła, ale nikogo nie widzę na horyzoncie. Chyba lepiej będzie, jeśli zostanę w jednym miejscu, a wtedy jest szansa, że się odnajdziemy. Takie sytuacje zdarzały nam się już nie raz i nauczyłam się, że najlepsze są wtedy cierpliwość i spokój. W rzeczy samej. Po jakichś 20 minutach wraca Marek. Znalazł galerię.

Ścieżka, która wiedzie do miejsca – słabowidoczna, właściwie nie wiadomo, czy wydeptana przez ludzi, czy przez zwierzęta, to głównie kamienie i kępy traw. Doskonała okazja, aby spotkać węża. Zwłaszcza teraz, po południu, kiedy skały są nagrzane, a węże mają wciąż mnóstwo energii, zgromadzonej podczas wylegiwania się na słońcu. A my mamy na nogach jedynie sandały. Na ogół zachowujemy znacznie więcej zdrowego rozsądku. Ale nie tym razem. Pozostaje nam jedynie zachować… czujność. Docieramy w końcu do galerii, która – ku mojemu wielkiemu zdziwieniu – jest oznaczona. Jak gdyby nigdy nic, brązowa tablica informacyjna, bardzo podobna do tych, które wskazują na wielowiekowe zamki i stare kościoły, zaprasza każdego, informując, że tu znajduje się ART SITE.

Malowdiła ciągną się wzdłuż jednej ściany przez jakieś 15 metrów. Niektóre słabo widoczne, inne wyglądają jakby namalowano je wczoraj. Niektóre zachowują dbałość o szczegóły, inne jakby pociągnięte jedną kreską. Dominują dziwaczne wizerunki ludzkie, nasuwające skojarzenie z malowidłami Wandjina.
DSC_9336

Wandjina to kolejna, typowa tylko dla Kimberley, grupa nasklanych przedstawień. I podobnie jak w przypadku malowdieł Bradshawa, ich geneza wywołuje wiele pytań. Figury Wandjina (zdjęcie figur Wandjina) przypominają pozaziemskie istoty – bezustne, z wielkimi oczami, i chrakterystyczną otoczką wokół głowy. Ich niezwykłość sprawia, że roztacza się wokół nich otoczka tajemniczości. Pytaniem otwartym pozostaje, co było inspiracją do stworzenia, najprawdopodobniej 4000 lat temu, tych niesamowitych malowideł.

Wydaje się jednak, że postacie które widzimy przed sobą były raczej luźno inspirowane figurami Wandjina. Może nawet powstały całkiem niedawno? Ta sama myśl nasuwa mi się, gdy patrzę na przedstawienia ryb. Ich jaskrawowo biały kontur dominuje nad pozostałymi malowdiłami.
DSC_9325

Postanawiam więc skupić się bardziej na tym co słabiej widoczne, mniej oczywiste. Kiedy zaczynam dokładnie wpatrywać się w skały, zauważam, że w jednym miejscu, nieco wyżej od głównej linii malowideł, wyłania się coś, co według mnie nie jest jedynie wariacją matki natury. Koncentruję się najbardziej jak mogę i zaczynam widzieć wydłużone postacie – jedna bardziej wyraźna, dwie położone nieco wyżej, równolegle do siebie, już trudniej zidentyfikować. Spoglądam na zdjęcie z książki Bednarowicza – aby zobaczyć przedstawione na nim postaci Bradshawa też trzeba pewnej uwagi. Teraz dopiero zaczynam dostrzegać jak duże jest podobieństwo między tym, co widzę przed sobą w rzeczywistości, a tym co na zdjęciu. Czyżbym patrzyła na figury wczesnego Bradshawa???

DSC_9363

(Ze względu na prawa autorskie nie zamieściłam na blogu przywołanego we wpisie zdjęcia figur Bradshawa autorstwa: J.B. Kreczmański, M. Stanisławska-Birnberg, znajdującego się w książce Ryszarda Bednarowicza „Sztuka aborygeńska” ).

Reklamy