Z nowej perspektywy

Podróż nigdy się nie kończy. I chociaż pisałam o tym kilka miesięcy temu, to potwierdzam to także z polskiej, zimowej perspektywy. Kiedy wyjeżdżałam ponad trzy lata temu z Australii, miałam w sobie – jako podróżniczka – sporo wątpliwości. Jak po tym, gdy zobaczyłam tak wiele niezwykłych miejsc w Australii oraz sąsiedniej Nowej Zelandii wracać na stary kontynent? Czy będę jeszcze potrafiła zachwycać się przyrodą i przestrzenią w zatłoczonej i zadeptanej przez turystów Europie? Czy będę odkrywać, czy tylko podążać utartymi – dosłownie i w przenośni – ścieżkami? Czy będę mogła jeszcze kiedykolwiek doświadczyć tego niesamowitego poczucia pustki przestrzeni? Czy poczuję znów ten dreszcz, który wywołuje we mnie pytanie – kiedy ostatnio ktoś był tu przede mną?

Te bardzo ważne dla mnie pytania powracały często po wyjeździe z Australii, sprowadzając się właściwie do jednego – Czy mam szansę na bycie w podróży tutaj w Europie?

I właściwie nie mam gotowej odpowiedzi. A to właśnie dlatego, że cały czas próbuję i sprawdzam. Co wyszło mi na dobre. No właśnie – chęć odkrywania wymusiła na mnie niemalże ciągłe poszukiwanie, wywołała pragnienie dotarcia do kolejnych miejsc z nadzieją, że może tym razem będzie to przestrzeń, dzięki której doświadczę piękna i niezwykłości – bo jak dla mnie to one są najważniejsze w podróży. Ale bardzo szybko zrozumiałam, że muszę przestać porównywać i oczekiwać, że cokolwiek będzie podobne do tego, co przeżyłam tam. To trochę jak z nową miłością – nie porównuje się jej z żadną poprzednią. I o ile przeszłość wzbogaca perspektywę, to nie powinna być dla niej punktem odniesienia.

A ja postanowiłam tę perspektywę zmienić… i zaczęłam patrzeć na świat z poziomu siodełka rowerowego. I to był strzał w dziesiątkę. Na dodatek, po powrocie okazało się, że powstają kolejne trasy rowerowe, dzięki którym mogę dotrzeć tam, gdzie zmotoryzowany nie dojedzie, a piechur nie dojdzie. Tak zaczęła się moja nowa przygoda – poznawanie świata na dwóch kółkach. Niezwykłe i piękne! Chociaż zupełnie inne. Dlatego kończę już swoja australijską opowieść, która – kto wie – może będzie miała kiedyś kolejne rozdziały. Teraz czas na coś zupełnie nowego. Żegnaj przygodo. Witaj przygodo!IMG_3685.JPG

Podróż się (nie) kończy

DSC_7736Każda podróż musi się kiedyś skończyć. Na szczęście ludzka pamięć pozwala przedłużać podróżowanie nawet w nieskończoność. Bywa, że jest we mnie więcej wspomnień niż obecności w teraźniejszości. Temu też służy pisanie – utrwalaniu wspomnień, nadawaniu im formy. Tyle, że czasem jest ona wymuszona albo nieadekwatna. Bo poza tym, co zrozumiałe – poznaniem czy gromadzeniem obrazów – w podróżowaniu chodzi mi o coś jeszcze. Niewyrażalne coś, które tak naprawdę stanowi siłę napędową dla umysłu i ciała. To ono sprawia, że jestem w stanie wstać bardzo wcześnie rano, wędrować w 40 stopniowym upale, czy zmieniać dotychczasowe jakże racjonalne i słuszne plany.

Najsilniej doświadczyłam tego właśnie na antypodach, gdzie podróżowanie dało mi poczucie obcowania z sobą i ze światem znacznie silniej niż w jakiejkolwiek innej podróży. A to wszystko dzięki dojmującej pustce i ciszy, która jest jednak tak pełna, że nie potrzeba przełamywać jej słowem. Nie trzeba nawet o niej myśleć, lecz jedynie w niej być, medytować ją. I to chyba mój powód, dla którego podróżuję.

Właśnie przed chwilą przeczytałam zapowiedź reportażu autorstwa Mateusza Waligóry, który ukaże się we wrześniowym National Geographic Traveler. Próbując uciekać od nadmiaru słów, po prostu zacytuję: „To właśnie na antypodach zaraziłem się pasją przemierzania pustyń. Ich niezmąconą ciszą i niespotykanym spokojem. Właśnie taki jest Salar de Uyuni. Gdy nie doskwiera mi wiatr cisza zdaje się być absolutna. Przerywa ją jedynie dźwięk chrupiącej pod stopami soli. Trzeszczy aż miło. Gdy podróżujesz pieszo kolejne kroki zdają się wyznaczać monotonny rytm, którego uzupełnieniem są dziesiątki myśli wypełniających głowę. Marsz nieuchronnie zamienia się w medytację. Od wschodu aż do zachodu słońca. Dzień za dniem”.

Coober Pedy, czyli biały człowiek w dziurze

Podróż dookoła Australii czas zakończyć. Do miejscowości Port Augusta zostało już tylko 500 km na południe. To miasto, w którym pętla podróży zamknie się, a stamtąd już szybciutko do domu tylko jakieś… 1500 km. Bo czym ten odcinek jest w obliczu przejechanych ponad 20 000 km?

Jedną z ostatnich atrakcji na trasie jest Coober Pedy – światowa stolica opalu. Ten szlachetny kamień ze względu na swoje walory estetyczne i optyczne jest jednym z najdroższych na świecie. Wydobycie cennego kruszcu rozpoczęło się w Coober Pedy na początku XX wieku, czyniąc to miejsce w kolejnych latach i dekadach życiowym celem śmiałków z najróżniejszych stron świata. Porzucali swoje dotychczasowe zajęcia i miejsca życia, aby przybyć na nieznany kontynent z nadzieją na szybkie bogactwo. Szybkie, ale niełatwe. Warunki życia w powstającym w środku niczego miasteczku, na pustynnej ziemi, gdzie temperatury osiągające 40 stopni to nie żadna anomalia, a woda jest skarbem prawie tak samo cennym jak wydobywany kruszec, sprawiły, że fortuna jakiej można było się dorobić na opalu, nie dla każdego była osiągalna. Jedynie dla tych najtwardszych, najbardziej zdeterminowanych i… pomysłowych.

Niemalże piekielne warunki klimatyczne sprawiły, że jedyną ulgą i ucieczką od lejącego się z nieba żaru okazały się… podziemia. Mieszkania wykopywane w chłodnych jamach w ziemi stały się podstawą życia w Coober Pedy. W taki sam sposób „wznoszono” także obiekty sakralne, czy miejsca usługowe. Wprawdzie dziś architektura naziemna jest już częścią tutejszego „miejskiego krajobrazu”, ale wielu nadal wybiera życie w naturalnych czterech ścianach.

Bo też właściwie niewiele się zmieniło od czasu, kiedy powstawało Coober Pedy, czyli w języku aborygeńskim – dziura białego człowieka. Kopanie w ziemi jest nadal najważniejszym zajęciem. Odbywa się ono w sprywatyzowanych, nierzadko rodzinnych kopalniach. Ale dorobienie się fortuny staje się coraz trudniejsze. Celowa polityka państwa – wprowadzenie limitów ograniczających posiadaną powierzchni – ma zapobiec kumulowaniu zbyt dużych pól wydobywczych w rękach indywidualnych właścicieli. Co gorsza, znalezienie wystarczająco wartościowego opalu przypomina loterię. Można zatem z dnia na dzień stać się milionerem albo od czasu do czasu osiągać tylko drobne zyski.

Ale współcześnie Coober Pedy to nie tylko przemysł i ciężka praca – to także turystyka. Jest to unikatowe miejsce na mapie świata, które bardzo wiele mówi o ludzkich pragnieniach i aspiracjach. A jego niepowtarzalny krajobraz sprawia, że trzeba porzucić dotychczasowe wyobrażenia o życiu na prowincji i widzenie rzeczywistości w kategoriach piękne-brzydkie. To sacrum i porfanum docenili także filmowcy. Coober Pedy stał się m.in. scenerią dla kultowego australijskiego obrazu: „Priscilla, królowa pustyni”.

Ale tak jakby nigdy nic, Coober Pedy wciąż przyciąga kolejnych odważnych, którzy marzą o lepszym życiu. Dlatego to miasteczko mające niespełna 3500 mieszkańców tworzy – nawet jak na australijskie warunki przystało – imponująca mieszanka narodowościowa, na którą składa się ponad 45 różnych nacji, dla kontrastu dość homogeniczna zawodowo. Bo dla wszystkich najważniejszy jest opal – jego wydobycie, obróbka lub sprzedaż.

I tak naprawdę to problem w Australii na znacznie szerszą skalę: wydobywanie surowców mineralnych przez gigantyczne koncerny (krajowe i zagraniczne) – bez względu na konsekwencje dla środowiska naturalnego. Bo jedynym imperatywem jest zysk. Quo vadis Australio?

 

Powrót z Australii

Jak pewnie wiecie, piszę tego bloga już z polskiej perspektywy. I czasem łamię chronologię opisu podróży dookoła Australii, bo wygrywa z nią teraźniejszość. Tak jest i tym razem. Będzie trochę o powrocie. Powrót z Australii do Polski – bywa, że wywołuje zdziwienie, niezrozumienie. Nierzadko trzeba odpowiadać na pytanie-niepytanie typu: Jak to, wróciłaś z Australii do Polski?! I przyznam, że to jedno z najbardziej drażniących mnie pytań. Dlaczego kogoś dziwi, że wróciło się do kraju swoich przodków, do rodziny, do krajobrazu, i do wielu jeszcze innych rzeczy, których tak bardzo brakuje za oceanem. Na tym zakończę, chociaż powodów jest znacznie więcej. Właśnie dlatego, że nie chcę tłumaczyć się z mojego wyboru.

Apeluję więc do wszystkich tych, którzy, tak jak ja, będą musieli odpowiadać na to pytanie. Niezależnie skąd wracacie, nie czujcie się zakłopotani i nie tłumaczcie się. Bo jeśli ktoś się dziwi, że wróciliście do ojczyzny (bynajmniej nie chcę wchodzić w niepotrzebny patos), to już jego problem. Oczywiście powrót nie jest łatwy. Ale to już zupełnie inna historia.

Z okazji powrotów zachęcam do obejrzenia online wystawy Iwony i Iana Hawke. Zdjęcia można też obejrzeć w Opolu w kawiarni coffeemoment: http://www.coffeemoment.pl. Stanowią one zbiór impresji z Australii już z polskiej perspektywy…

Jest nas więcej

Wczoraj miałam okazję być na Dniach Australii zorganizowanych przez Albion House http://www.albionhouse.com.pl w Klubie Podróżniczym Namaste w Katowicach.

Poszłam tam z czystej chęci obcowania z tym, co australijskie. Celem spotkania było pokazanie możliwości wyjazdu do Australii – w roli studenta, pracownika, albo turysty. Mnie niezmiennie – i nie tylko w przypadku Australii – najbliżej do tej ostatniej roli. Chociaż precyzując, najbliżej mi do bycia podróżnikiem.

Pomimo, że mój ponad dwuletni pobyt na Antypodach był możliwy dzięki wizie pracowniczej i większość czasu spędziłam tam właśnie pracując, to w co najmniej równym stopniu wyznaczała mi go podróż – w każdej wolnej chwili, weekendy, święta, a na sam koniec w ponad dwumiesięcznej wyprawie dookoła lądu, którą opisuję właśnie na blogu. Tak to jest z Australią – tam znacznie trudniej żyć tylko codziennością i powielać schemat praca-dom. W rutynie przeszkadza ocean, niebieskie niebo, słońce i wiele innych niezwykłości, o których tutaj piszę.

Chociaż na Australię patrzę już z niepozbawionym krytycyzmu dystansem, to za każdym razem obcowanie z nią – za pośrednictwem czyjejś opowieści, zdjęć, czy książki – jest tym samym, fantastycznym przeżyciem. Powrotem do tej jakby nierzeczywistej rzeczywistości, do cudownych peryferii świata, którymi oby Australia została na zawsze.

Takie wydarzenia są dla mnie bezcenne także z jeszcze jednego powodu. Spotykam wtedy ludzi, z którymi, mam poczucie, że łączy mnie pewna szczególna więź. Chociaż wcale ich nie znam. Oparta jest ona na wspólnym, niezapomnianym doświadczeniu – najpierw obcowanie z australijskim outbackiem, po którym trzeba wrócić do życia w środkowoeuropejskiej rzeczywistości. Wiadomo, to nie jest łatwe.

Dlatego chciałam podziękować za trzy różne opowieści, których miałam okazję wczoraj wysłuchać:
Karolinie Sypniewskiej-Wida, więcej na: http://www.karolinasypniewska.pl/o-mnie/
Jankowi Piętkowi, więcej na: http://nagniatamy.pl/
Ignei Orłow, więcej na: facebook.com/ignea.orlow

I proszę wybaczyć, jeśli było dziś zbyt osobiście. Ale tak to jest już z tym wspominaniem wspomnień o Australii. Obiecuję, że następny post będzie już „tylko” czystym wspomnieniem kolejnego niezwykłego miejsca na Antypodach.
WSPMNIENIE(zdjęcie z pokazu Ignei Orłow)

Instrukcja odkrywania cudów świata

Podróżowanie po Australii to zew przygody, który może trwać w nieskończoność. Jeśli ujrzeliśmy właśnie jakiś cud natury, potwierdzony na przykład rejestrem w Unesco, to wcale nie musi to oznaczać końca atrakcji. Niewykluczone, że w drodze powrotnej, może już nawet po kilku godzinach jazdy, natkniemy się na coś równie – a może i bardziej – zadziwiającego. Podróż po Australii nie polega bowiem na docieraniu do określonych celów, przemieszczaniu się z atrakcji A do B. To, co zobaczymy pomiędzy może nas zachwycić znacznie bardziej. Bo o wielu australijskich cudach próżno szukać jakiejkolwiek wzmianki w przewodnikach. I całe szczęście.

Dlatego podróż po kontynencie, o ile nie chcemy ograniczać jej tylko do atrakcji powszechnie znanych, wymaga odpowiedniej postawy. 1) Ciekawości przestrzeni, która pcha do nieustającego poszukiwania i odkrywania tego, co na uboczu łatwodostępnych dróg i miejsc. 2) Czujności, aby przypadkiem nie przegapić jakiegoś niedocenionego cudu świata, którego nie zapowiada ani przewodnik ani krajobraz. 3) Determinacji i odwagi niezbędnych do zjeżdżania z głównych dróg, w te skorugowane piaszczyste – bez miasteczek, drogowskazów i stacji benzynowych. 4) No i rzecz jasna nie obejdzie się bez map, które dobrze odzwierciedlą topografię terenu. Najlepiej mieć ze sobą ich papierowy komplet, gdyż w Australii w bardzo wielu miejscach jest problem z zasięgiem i prądem (zdarza się, że samochodowe ładowarki najzwyczajniej w świecie się psują).

Owszem, czasem można dać się zwieść pozorom – bywa, że rozległa przestrzeń, która nie zmienia się przez kilkaset kilometrów odbiera człowiekowi czujność i ciekawość. Tak też wygląda nasz kolejny etap podróży, czyli droga z Parku Narodowego Uluru-Kata Tjuta, Stuart Highway, wiodąca na południe kontynentu. Półpustynny krajobraz ze skąpą roślinnością po niedługim czasie staje się już zwyczajnym, wręcz nudnym obrazkiem. A do tego to już nasza przedostatnia prosta w drodze powrotnej po dwumiesięcznej podróży.

Na szczęście odpowiednia postawa – patrz punkt 1) i 2) – nie pozwoliły wpaść w nastrój powrotu. Przygoda ma przecież trwać do ostatniego kilometra. Dlatego jak zwykle w takich sytuacjach sięgam po mapę. Tym razem wynika z niej, że w pustynnej okolicy znajduje się, a jakże, kolejna pustynia – rezerwat piaskowych kolorów: The Brakway Reserve. Trzeba jedynie skręcić na wschód i pojechać off-roadowo zaledwie 10 km (Chociaż czasem nawet taki dystans skorugowaną drogą, to prawdziwe wyzwanie).

Jak zwykle było warto. Wszystkie trudy na końcu rekompensuje zawsze to niesamowite uczucie odkrywania, małych i dużych, cudów naszego świata – w samotności i ciszy.

DSC_0267 DSC_0261 DSC_0259

Rudogłowe Kata Tjuta

Kolejny przystanek to Kata Tjuta, czyli grupa formacji piaskowych. Ta Aborygeńska nazwa, oznaczająca „wiele głów” odwołuje się do fantastycznych, kopcowatych kształtów, które jednak trudno tak naprawdę porównywać do czegokolwiek. Intrygujących kopczyków jest 36, a najwyższy leży 1096 m n.p.m. Jedna z teorii mówi o tym, że powstały z monolitu-olbrzyma, wielokrotnie większego niż Uluru.
DSC_10178

Trasa w Kata Tjuta wiedzie fantastycznym wręcz bajkowym labiryntem, jaki tworzą zjawiskowe piaskowce. To znacznie bardziej intrygujące i zagadkowe dzieło natury – chociaż cieszące się o wiele mniejszą popularnością – niż leżąca w bardzo bliskim sąsiedztwie (32 km na wschód) Uluru. Walory przyrodnicze i kulturowe obu miejsc spowodowały, że tworzą one wspólny park narodowy, znajdujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Jako jedyny w Australii trafił na tę prestiżową listę ze względu na zarówno walory przyrodnicze jak i kulturowe.
DSC_10191

Przenikanie się świata kultury i natury trwa tu już od bardzo dawna. Wprawdzie Kata Tjuta, podobnie jak Uluru, zostały oddane rdzennym mieszkańcom dopiero w połowie lat 80-tych ubiegłego wieku. Jednak tutejsza ludność, która stworzyła swój własny system wierzeń, i dla której to także święte miejsce, uznawana jest za jedną z najstarszych w ludzkości.
DSC_10199

Kata Tjuta są równie wdzięcznym jak Urulu obiektem do fotografowania. Szczególnie pięknie prezentują się podczas zachodu słońca, kiedy skąpane w naturalnym świetle lśnią wyjątkową ognistą rudością. Ale to tylko moment, impresja. Chwila i jest już po wszystkim – Kata Tjuta nabierają wieczornej szarości:
DSC_10210