Droga na Jabal Toubkal… i z powrotem

To będzie górski post – dla wszystkich, którzy mają w bliższych lub dalszych planach Jabal Toubkal (szczyt ma kilka wersji nazw) wznoszący się 4167 m n.p.m., będąc najwyższym szczytem Afryki Północnej oraz Gór Atlas. Wzbudza (przynajmniej u niektórych) obawy, ale i nadzieje na zdobycie imponującej (w porównaniu z polskimi warunkami) wysokości. Zatem jak się przygotować, aby dotrzeć na ponad 4000 m n.p.m.? Poniższa relacja powstała na bazie mojego osobistego doświadczenia – wejścia na szczyt w październiku 2018 r.

Trasa wiedzie z miejscowości Imlil (60 km od Marakeszu), gdzie najlepiej przenocować przed wyjściem w góry i zaopatrzyć się w niezbędne wyposażenie. Droga podzielona jest na dwa dni – z Imlil do schroniska, a następnie ze schroniska na szczyt. Większość osób tego dnia także schodzi z powrotem do miasteczka. Sprzęt, który się przydaje to kije trekingowe (zachęcam do korzystania z nich na całej trasie – do czego nawiąże jeszcze na końcu…) oraz raki – na ostatnim odcinku podczas wchodzenia na Toubkal. Wynajem sprzętu oferuje wiele sklepów i wypożyczalni w Imlil. I o ile na ogół nie różnią się ceną, to znaczenie różni je jakość – dlatego polecam porównanie ofert. Warto także rozważyć wzięcie ze sobą zapasu wyżywienia na cały czas górskiej wędrówki, a już obowiązkowo wody. Po drodze do schroniska mija się prowizoryczne „punkty gastro”, gdzie sprzedawane są m.in. soki ze świeżo wyciskanych pomarańczy, w kilku z nich można także coś przekąsić. Ale nie każdy korzysta z tej możliwości, uznając, że akurat na trasie na czterotysięcznik lepiej minimalizować ryzyka. W schronisku ceny produktów spożywczych, w tym i wody, istotnie wzrastają – nawet jak na marokańskie warunki. Z drugiej strony serwowana w marokańskim stylu kolacja w schronisku cieszy oko i (prawie każdy) żołądek.

Droga na szczyt nie jest oznakowana jako szlak. Jednak trudno się zgubić na trasie. Na Jabal zmierzają bowiem także inni. Albo na nogach albo na… osiołkach lub koniach. Zwierzęta służą także do transportowania bagaży turystów. Widok obładowanych walizkami i plecakami zwierząt automatycznie nasuwa refleksje na temat turystyki. Na Jabala nie wchodzi się więc w samotności. Chcących spróbować swoich sił – nawet jeśli wymaga to zaangażowania zwierząt – jest wielu. Dlatego najlepiej zarezerwować miejsce noclegowe w którymś z dwóch sąsiadujących ze sobą schronisk: Refuge de Toubkal lub Refuge Les Mouflons. Niektórzy rezerwują je ze znacznym wyprzedzeniem, inni na kilka dni przed. My spróbowaliśmy – z negatywnym skutkiem – raptem dzień wcześniej. Nie mając innego wyjścia, zdecydowaliśmy się nie zmieniać planów, licząc na tradycyjną w polskich schroniskach „glebę”.

Trasa zajmuje ok. 5-6 godzin. Startuje się z mniej więcej 1800 m n.p.m. Schroniska znajdują się na poziomie 3200 m n.p.m. Do pokonania w pierwszy dzień mamy więc ok. 1400 metrów przewyższenia. Szlak wznosi się miarowo do góry, nie przynosząc po drodze żadnych niebezpiecznych i wymagających odcinków. No może, poza wspomnianymi zwierzętami. Obowiązuje tu bowiem bezwzględna zasada – zwierze ma pierwszeństwo, zawłaszcza, że najczęściej jest popędzane przez tragarzy.

Przyznać jednak muszę, że zwłaszcza pod koniec – pomimo generalnie dobrej kondycji – podchodzenie szło mi już dość ciężko. Sporym dodatkowym utrudnieniem było ostro świecące słońce, na które byłam wyeksponowana przez większość czasu. Dla osób uczulonych – tak jak ja – na promienie słoneczne może być to trudne do zniesienia. Dlatego trzeba pamiętać o wzięciu kremu i okularów przeciwsłonecznych oraz nakrycia głowy. Dawno nie cieszyłam się tak na dotarcie do schroniska i… zachodzące słońce. Nawet jeśli przyniosło to spore ochłodzenie. Trzeba bowiem pamiętać o bardzo dużych amplitudach. Temperatura odczuwalna w ciągu dnia nawet do 30 stopni, podczas chylenia się słońca ku zachodowi obniżała się do około 10, aby w nocy utrzymać się na poziomie jedynie kilku stopni powyżej zera. Tę rozpiętość trzeba koniecznie uwzględnić planując niezbędną odzież.

Na miejscu czekały na nas dwa pełne schroniska. Jednak zasada udostępniania „gleby” okazała się być na szczęście uniwersalna. Chociaż początkowo trudno było uwierzyć, że pełna przybyłych z najróżniejszych zakątków świata, rozgadanych turystów, sala stanie się sypialnią. Na dodatek w powietrzu dało się mocno odczuć aromat jedzenia zmieszany z ekscytacją przed jutrzejszym wejściem na szczyt. Ale – ku naszemu zdziwieniu – o 21.00 miejsce przeszło nieprawdopodobną metamorfozę. Większość osób rozeszła się do swoich pokoi, a obsługa schroniska bardzo sprawnie pozbierała wszystkie stoliki i krzesła, kładąc w ich miejsce niezwykle wygodne materace! Po chwili zgasło też światło, całkowicie wyciszając rozmowy. Nikt nie protestował, nikt nie łamał tej niepisanej zasady przedwczesnej ciszy. Wszystkich łączył bowiem wspólny cel: jutrzejsze wejście na Toubkala.

Czasowe strategie na szczyt były bardzo różne. Niektórzy postanowili zobaczyć go o wschodzie słońca, inni dopiero wtedy budzili się, wybierając zdobywanie szczytu w pełnym świetle słonecznym. Pierwszą strategię warto poprzedzić sprawdzeniem początkowego odcinka szlaku za dnia. Od schroniska wije się wiele ścieżynek, a niektóre z nich wiodą na piargi. Chociaż da się nim przejść, to można niepotrzebnie wywołać lawinę kamyków lub spowodować spadanie pojedynczych, ale większych kamieni. A jeśli ktoś idzie kilka metrów niżej, wtedy staje się to po prostu niebezpieczne. Sama musiałam uchylić się od spadającego obok mojej głowy kamienia. Wchodząc na wschód trzeba też dobrze obliczyć czas, aby zbyt długo nie czekać na szczycie – w niezbyt przychylnych niewyspanemu ciału temperaturach – na zbawienne promienie słoneczne.

Ja z wielu powodów wybrałam wersję standard – czyli wyjście ze schroniska równocześnie ze wstającym słońcem, czyli około 7.00 rano. Taką opcję wybrało także kilkanaście innych osób. Na szczęści zorganizowane wycieczki z przewodnikiem wyruszały po nas. No właśnie – czy idąc na Toubkala warto skorzystać z przewodnika? Wchodziłam na szczyt tylko raz – ale w takich warunkach atmosferycznych, z którymi miałam do czynienia wydaje mi się to zupełnie zbędne przy założeniu, że:
– ma się dobrą kondycję
– nie idzie się samemu
– ma się chociaż minimalne doświadczenie w chodzeniu po górach zimą i w rakach.

Tylko tyle i aż tyle. Reszta to po prostu cierpliwe wchodzenie na szczyt, które owszem może wiązać się z nowymi okolicznościami – symptomami choroby wysokościowej. Oczywiście nie wszyscy jej doświadczają. Ja jednak zaliczyłam co nie co – poczucie dojmującego zmęczenia odczuwalne w mięśniach całego ciała. Moja metoda walki z tym stanem polegała na skupieniu, byciu tu i teraz. Aby nie tracić energii, z namysłem stawiałam kroki, które zrytmizowałam liczeniem do 4. Nie szczędziłam też przystanków, robiąc je tak często jak domagał się tego mój organizm. Nawet jeśli trzeba było zatrzymywać się co chwilę, będąc przekonanym, że towarzysz ich nie potrzebuje. Dziwne to uczucie dla człowieka, który pokonuje 100 km rowerem z uśmiechem na twarzy, a podobne przewyższenia bez większego trudu. Ale to jedna z ważniejszych rzeczy, którą zapamiętam z wchodzenia na Toubkala. Pokorę jaką musisz w sobie uruchomić, kiedy twoje ciało zaczyna zachowywać się jak nigdy dotąd. Może podobnie jest, gdy zaczynamy się starzeć? 😉

Po drodze dołączył do nas samotny Grek, którego towarzysze kilka minut od wyjścia ze schroniska zrezygnowali z wejścia na Jabal. I tutaj chylę czoła przed tymi, którzy potrafią zrezygnować. Inną kategorią turystów są zorganizowane grupy ludzi o bardzo zróżnicowanej kondycji i odporności na zimową wspinaczkę górską. Widok zlęknionych osób idących w takich grupach nie był rzadkością. Najprawdopodobniej działał mechanizm – skoro zapłaciłem (a więc ktoś wziął za to pieniądze), to znaczy, że się nadaję i dostanę to, za co zapłaciłem. Nie chcę tego oceniać – bo być może właśnie ci ludzie pokonują przy tej okazji swoje lęki i ograniczenia, zdobywają swój „everest”. Kolejna warta odnotowania kategoria to tacy, którzy z wyboru wchodzą na szczyt sami. Ale myślę, że zawsze warto takie samotne osoby niezobowiązująco zagadać o towarzystwo.

No i w końcu udało się zdobyć Jabal Toubkal! Po niespełna 4 godzinach. W pełnym słońcu i przy niebieskim niebie. Odczuwalna temperatura na szczycie wynosiła około 10 stopni. A odczuwalna radość znacznie więcej! Tak, jest coś wyjątkowego i satysfakcjonującego w zdobyciu czterotysięcznika. Niezależnie od stopnia trudności. Na szczycie trzeba jednak szybko nacieszyć się chwilą. Obowiązkowo kilka fotek, a po kilkunastu minutach regeneracji trzeba schodzić w dół. Przed nami przecież jeszcze długa droga. Schodzenie do schroniska zajmuje nam już znacznie mniej czasu. Momentami można nawet zbiegać. Ale właśnie wtedy przydają się kije trekingowe. Po przepakowaniu plecaków (większość bagażu została w schronisku, aby „atakować szczyt na lekko”) czas ruszać w dalszą drogę. Tego dnia do 18.00 trzeba jeszcze oddać w Imlil wynajęty sprzęt. Schodzenie, które może wydawać się już bułką z masłem także zabiera sporo energii i czasu. Trzeba liczyć na nie około 3-4 godzin.

Postanawiam ten ostatni odcinek przejść sama. W końcu można do górskiej wędrówki dołączyć rozmyślania różne, na które do tej pory w stanie górskiego „mindfulnessu” nie było miejsca. Po drodze doganiam Greka, dla którego zejście okazuje się być najtrudniejszym odcinkiem górskiej przygody. Wysiadają mu kolana. Początkowo stanowczo odrzuca ofertę skorzystania z jednego kijka trekingowego. Ale w miarę schodzenia wszystko się zmienia – po kilkunastu minutach wspomaga się moim prawym, a później i lewym kijem. Na ostatnim odcinku nawet korzysta z maści na kolana… pierwszy raz w swoim 40-letnim życiu. (Niejednemu już uratowała… podróż ;-). Rozciągnięte – dosłownie i w przenośni – do bólu i w czasie zejście ma też swoje pozytywne strony. Rozmawiamy o kryzysie w Grecji, życiu na emigracji oraz rozstaniach i sensie wędrówki. Jak na dwóch zupełnie sobie obcych ludzi przystało.

I to właściwie jest sendo podróżowania – kiedy myślisz, że tego dnia już wydarzyło się wszystko najważniejsze, a potem okazuje się, że byłeś w błędzie.
Refugee

Reklamy

W Szczebrzeszynie – i w Maroku – chrząszcz brzmi w trzcinie

Jedziemy więc wynajętą taksówką do celu – czyli miejscowości Imlil, z której startować będzie nasz treking na Jabal Toubkal. Droga nie trwa dłużej niż 2 godziny, ale kierowca postanawia zrobić przystanek w jakiejś wiosce. Chyba po to, abyśmy oswoili się z klimatem tego kraju. I to nie tylko w sensie panujących tu wysokich jak na październik temperatur (nawet powyżej 30 stopni w ciągu dnia). Zaraz po wyjściu z auta zostajemy otoczeni przez sprzedawców pamiątek, którzy przekonują nam, że oferują naprawdę „good price” za swoje towary.

Ten jeden z najczęściej wypowiadanych w tym kraju do turystów zwrotów – jak się wkrótce przekonamy – ma już swoją równie popularną i chętnie komunikowaną przez sprzedawców wersję: „Dobra cena, dobra cena”. A to bezlitośnie przypomina nam, że nie jesteśmy pierwszymi Polakami na tym pięknym lądzie. Przed nami byli inni, a po nas będą następni. Mało tego – będziemy się spotykać w tych samych hotelach i restauracjach oraz mijać na ulicach. Za co można obwiniać (albo jak kto woli – co można zawdzięczać) taniejące ceny połączeń lotniczych.

Zwykle miejscowi mówią o Polakach dobrze, a na hasło „from Poland” reagują bardzo serdecznie. Czasem ripostują nas kolejnymi zwrotami: „za darmo” albo „masakra”. Wielu zapewnia także, że było w Polsce. I chociaż nie wiadomo, ile w tym kurtuazji potrzebnej do nawiązania relacji (zwłaszcza tej handlowej), to można pozazdrościć Marokańczykom ich otwartości na drugiego człowieka – chociaż tak innego: białego, często kapryśnego przybysza, z bogatszej, rzekomo lepszej części świata…

I być może ta sama otwartość sprawia, że tak wielu Marokańczyków, zwłaszcza w większych miejscowościach i miejscach związanych z ruchem turystycznym, ochoczo posługuje się – lepiej lub gorzej – językiem angielskim. Na prowincji i we wioskach napotkanych turystów wita się natomiast w języku byłego kolonialisty:
– Bonjour! Ca va?
– Ca va!
Francuskiego do dziś uczy się w szkołach. A w kioskach najłatwiej kupić francuskojęzyczne gazety.

Aż trudno więc uwierzyć, że w tym kraju oficjalnym językiem jest arabski. Mało tego, na co dzień większość Marokańczyków posługuje się derija – dialektem arabskiego, nie posiadającym swojej formy oficjalnej i spisanej. Używany jako język dnia codziennego. W tym miejscu należy wspomnieć także o języku berberyjskim, którym posługują się Berberowie – zamieszkujący północna część Afryki, w tym m.in. Maroko.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Marokańczycy to – na miarę swojej rzeczywistości i swoich potrzeb – poligloci. I pewnie właśnie dlatego wypowiadanie zwrotów – w podobno przecież trudnym – języku polskim wychodzi im tak naturalnie. Nawet językołamacz „w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”, którego słyszałam w Maroku nie raz, brzmiał tak dobrze w ustach tubylców. Za to nasza znajomość ich języka ograniczała się do zwrotu „Salamu alajkum”, który i tak został wyparty przez międzynarodowe: Hallo!
20181018_215338

Turysta jedzie do Maroka

Wiem, że w świecie instagrama i snapchata pisanie relacji podróżniczych staje się czynnością anachroniczną. Dlatego co jakiś czas zawieszam prowadzenie tego bloga. Po czym znów do niego powracam – sugerując się statystykami odwiedzin i wynikającą z nich wiarą, że niektórzy szukają jednak czegoś więcej niż tylko krótkich, fotograficznych relacji. Dlatego będę chciała przekazać garść cennych i praktycznych informacji, aby zachęcić do podroży do Maroka – kraju, któremu turyści są bardzo potrzebni, a podróż tę można bez większych problemów odbyć na własną rękę.

Jako pasjonat podróży, ale też osoba coraz krytyczniej odnosząca się do ekspansji turystyki, spoglądam na ten wyjazd także z szerszej perspektywy, której towarzyszą pytania: Dlaczego podróżujemy do „egzotycznych krajów”? Ile w tym jest chęci poznawania innej rzeczywistości? Czy wystarczająco dobrze przygotowujemy się do takich wyjazdów, także na kluczowe różnice kulturowe?

Początkowo cel naszej podróży był jeden: zdobyć Jabal Toubkal – 4167 m n.p.m., najwyższy szczyt Afryki Północnej i Gór Atlas. Tak zorientowana wyprawa zwalnia z obowiązku głębszego przygotowania się do podróży pod względem kulturowym. Poza tym informacje dla wybierających się do tego kraju dotyczą przede wszystkim kwestii bezpieczeństwa – głównie zdrowotnego. W internecie krąży mnóstwo ostrzeżeń na temat możliwych problemów gastrycznych, zwanych „zemstą faraona”. Sama im uległam, zabierając ze sobą spory pakiet lekarstw – w tym m.in. na wspomniane schorzenie oraz wykupując dodatkowe ubezpieczenie pokrywające koszty leczenia i transportu zwłok. Jak widać zupełnie niepotrzebnie…

Przygotowani zatem na najgorsze jedziemy. Trwająca ponad 4 godziny podróż samolotem upływa w towarzystwie głównie polskich turystów, zmierzających mniej więcej po to samo – po wyjątkowe wrażenia (i fotki?). Chociaż mających się realizować w różnych formach i konfiguracjach – poniekąd odzwierciedlających współczesne relacje ludzkie. Na pokładzie znaleźli się bowiem turyści korzystający ze zorganizowanych (nie najtańszych) wycieczek – m.in. adresowanych do singli, podróżujący w ledwo-co-utworzonych grupach na portalach społecznościowych, których trwałość zweryfikuje niebawem afrykańska rzeczywistość. Warto odnotować, że wśród podróżujących dało się także dostrzec tradycyjne grupy znajomych.

Po wylądowaniu większości z nas najprawdopodobniej kołacze się po głowie: No to ruszamy na podbój Afryki. Ale póki co to ona nas podbija. Na lotnisku w Marakeszu stoimy w długiej kolejce, w której musimy złożyć kartę przyjazdu – gdzie m.in. wpisujemy cel podróży i adres pobytu. Co prawda, urzędnicy celni podchodzą do sprawdzenia dość rutynowo, ale jak zwykle w takich sytuacjach doceniam Strefę Schengen. Przechodzimy także kontrolę bezpieczeństwa bagażu – również prowadzoną dość pobieżnie. Ku mej uciesze, zabrane przeze mnie z Polski kije trekingowe nie wzbudzają niczyjego zainteresowania.

Na nowoczesnym i czystym lotnisku można dokonać dwóch kluczowych dla turysty czynności – wymienić walutę (najłatwiej zabrać ze sobą euro, którym można też bez problemu płacić w wielu miejscach) i zaopatrzyć się w kartę sim, szczególnie cenną ze względu na obowiązujące tu stawki. Treść powitalnego smsa wysłanego przez mojego polskiego operatora nie pozostawia żadnych wątpliwości – nawet chwilowe włączenie przesyłu danych podczas pobytu w Maroku będzie miało swoje istotne konsekwencje finansowe. Naprzeciw tej pokusie wychodzi hostessa, która w imieniu lokalnego operatora na lotnisku rozdaje za darmo karty. Chociaż w sumie nie tak zupełnie za darmo… To co w Europie wywołuje obecnie paniczny strach, tutaj nie wywołuje żadnej reakcji. Pani grzecznie prosi każdego, kto zdecydował się na kartę, aby otwarł paszport w celu sfotografowania jego danych. Może to wakacyjny nastrój, a może ocalone resztki normalności – nikt nie poddaje pod wątpliwość zasadności tej czynności. A za aktywizację bezpłatnej karty – jak się okaże – i tak trzeba będzie zapłacić. Welcome to Morocco.

Wszystkie te czynności zabierają nam więcej czasu niż zakładaliśmy więc zaczynamy się zastanawiać, czy zamówiona jeszcze w Polsce przez internet taksówka będzie wciąż czekać. Ku naszemu zdziwieniu przy wyjściu stoi kierowca, trzymając w ręku kartkę z imieniem i nazwiskiem jednego z nas, zupełnie nieporuszony naszym prawie godzinnym spóźnieniem. Tłumaczymy to sobie marokańskim podejściem do czasu. Później okaże się, że wyjaśnienie leży gdzie indziej – to raczej marokańskie podejście do pieniądza… Cena, którą zapłacimy za taksówkę okaże się bowiem odbiegać od tutejszych „stawek rynkowych”. No ale cóż, trudno zorientować się jaka jest ta właściwa cena, gdy się nie jest na miejscu. Zwłaszcza w kraju, gdzie targowanie się jest niemalże sposobem obcowania z drugim człowiekiem…

20181012_124718_na stronę 1

Turystyczna ekspansja, czyli dlaczego zwlekałam z kolejnym tekstem…

Już od pewnego czasu zabierałam się do napisania tego posta, który miał być opisem najciekawszych atrakcji, jakie udało mi się zobaczyć podczas pobytu na Islandii. Zwątpiłam jednak w jego sens… Coraz mniej lubię pisać o podróży jako czystej relacji na temat tego, gdzie byłam i co widziałam. Wyjątkiem jest pisanie o miejscach, do których nie zmierzają pielgrzymki turystów, miejscach, które swoją dzikością łudzą mnie tym ekscytującym poczuciem, że przede mną nie było tutaj zbyt wielu. I może też niewielu dotrze. I wtedy chcę się nimi dzielić.

Tego fantastycznego poczucia doświadczam jednak już niezmiernie rzadko. I pewnie tak już będzie – w dobie łatwo dostępnej informacji, wielości relacji podróżniczych, tanich lotów i pędu do podróżowania. Czasem zupełnie dla mnie niezrozumiałego. Zjawiska te dotknęły w ostatnim czasie – i to z ogromną mocą – właśnie Islandię, która zalewana jest przez turystów. Wielu z nich to eksploratorzy spod znaku „selfie” i zaliczania kolejnych atrakcji, co ma niewiele wspólnego z chęcią poznawania świata. Do tego zdarza się, że przyjezdni są nieprzygotowani do zwiedzania dzikiej wyspy. Oczekują, że dostaną tu to samo, co w swoich cywilizowanych krajach. I nie zdają sobie sprawy, że niezmiennie rządzi tutaj natura. Co jakiś czas media donoszą o przypadkach śmierci turystów w wyniku poparzenia gejzerem, utonięcia w morskich falach, czy zamarznięcia. Do tego notowane są także tragiczne wypadki, do których dochodzi w wyniku bardzo nieodpowiedzialnych zachowań powodowanych chęcią zrobienia sobie właśnie tego jedynego, wyjątkowego zdjęcia – na krawędzi klifu lub podczas wspinania na górę lodową. Znany jest też przypadek śmierci turysty, który zginął potrącony przez samochód. Stał bowiem po zmroku w ciemnym ubraniu na środku jezdni, robiąc sobie zdjęcie na tle zorzy…

Dlatego pisanie m.in. o tym, że zwiedziłam tzw. Złoty Krąg – czyli największą (mierzoną w liczbie odwiedzających) atrakcję Islandii ma dla mnie już niewielki sens. Jednak nie chodzi tylko o łatwość zdobycia na ten temat informacji, ale także o moją rosnącą niechęć do wspierania masowej turystyki. Rzecz jasna wiem, że mój post nie spowodowałby nagłego i drastycznego wzrostu przyjezdnych z całego świata. Wzmaga się jednak we mnie niechęć wobec wspierania powszechności podróżowania – zwłaszcza tego spod znaku „selfie”, które zupełnie inaczej ustawia relację między człowiekiem i światem.

„Islandia nie jest jeszcze >zadeptana<, chociaż kilkanaście miejsc osiągnęło już swoją granice. Na przykład Seljalandsfoss, Gulfoss i Geysir, Dyrholaey, Jokularsalon czy Błękitna Laguna.  Ale kiedy wędrowaliśmy górami z Seljafell na Snaefelsness przez dwa dni nie spotkaliśmy żywej duszy. Trzeba wiedzieć, gdzie chodzić. Islandia poza sezonem wakacyjnym bywa pusta z wyjątkiem kilku miejsc, których powinno się zdecydowanie unikać”[1].

Cytat pochodzi z książki autorów bloga IceStory, którzy osiedlili się na Islandii, a dzięki temu mogli poznać ten kraj znacznie lepiej niż przeciętny odwiedzający. Poznać jej piękno, ale także trudy podróżowania i życia w tym kraju. Lekturę polecam wszystkim, którzy marzą o Islandii – na krótko lub na dłużej. Podkreśliłam w cytacie te miejsca, w których byłam. Podróżowałam do nich w okresie zimowym – czyli uznawanym za sezon nieturystyczny, m.in. ze względu na trudne warunki pogodowe, krótki dzień. Po liczbie odwiedzających dochodzę do wniosku, że trzeba jednak zrewidować ten podział na sezony, a raczej go zlikwidować. Tak – trzeba wiedzieć, gdzie nie chodzić i gdzie nie jeździć. Na szczęście tę wiedzę miał Kuba, który organizował wyjazd. A dzięki temu dotarliśmy także do miejsc tu mapa z zaznaczonymi punktami , w których było nas zdecydowanie mniej lub nawet byliśmy sami. Ale rzeczywiście doświadczenie dziewiczości Islandii przestaje być już tak oczywiste i łatwe – chociaż nadal jest możliwe.

To co w ostatnim czasie, zwłaszcza w 2-3 latach, dzieje się na Islandii można traktować jako wielką szansę dla kraju, który niespełna dekadę temu popadł w wielki kryzys. Jest to okres przemodelowania głównych sektorów gospodarki. I tak np. w 2017 r. kluczowa dla turystyki branża wynajmu samochodów swoim obrotem handlowym dogoniła tradycyjne na wyspie rolnictwo. To czas prosperity, który z mikroperspektywy oznacza dla zwykłego Islandczyka możliwość bogacenia się i odsunięcia w niepamięć paraliżującego strachu o jutro, który towarzyszył kryzysowi. Jednak rozwijający się na wyspie w tak zastraszającym tempie przemysł turystyczny, napędzany wciąż rosnącym popytem, może zamiast szansą stać się zagrożeniem. Mówi już o tym otwarcie wielu Islandczyków. Jednym z nich jest Aðalbjörn Tryggvason, wokalista islandzkiej grupy metalowej „Sólstafir”, który wypowiada się w tej samej książce:

„Za największe zło na Islandii uważa [on – przyp. MK] ogromne korporacje, takie jak produkujące aluminium Rio Tinto z Hafnarfjordur, i pozostałe fabryki na wschodzie, niszczące przyrodę. Gorzko wypowiada się także o ostatnich latach i rozwoju branży turystycznej. Uważa, że jest zbyt szybki i przytłaczający. Dziesięć – piętnaście lat temu było to trzysta tysięcy osób rocznie, co >jedynieTutaj nie znajdziesz turystów i będziesz mógł poczuć się, jakby nikogo innego nie było na świecie<. Dziś to nieaktualne. (…) Turystyka ma oczywiście swoje dobre strony, bo przynajmniej więcej ludzi ma pracę, szczególnie gdy przemysł rybny od lat jest na równi pochyłej "[2].

Argumenty przeciw turystyce mają jednak nie tylko ekolodzy i obrońcy „genius loci” Islandii. (Przy okazji warto zobaczyć jak islandzkie „genius loci” przetwarza w swych teledyskach „Sólstafir”.) Konsekwencją niezaspokojonego wciąż popytu na usługi turystyczne są rosnące ceny – nie tylko dla turystów. W obecnej sytuacji tj. zwiększającej się liczby odwiedzających oraz wzrostu populacji Islandii zasiedlanej przez imigrantów w deficycie znajduje się branża nieruchomości i krótkoterminowego wynajmu. Tak jak w innych atrakcyjnych turystycznie krajach, Islandczycy tę drugą lukę wypełniają powiększając tę pierwszą. Proponują w tym celu swoje prywatne przestrzenie na wynajem turystyczny w ramach nie objętego opodatkowaniem portalu airbnb. W 2017 r. przeżywał on na wyspie swój wielki boom. Zgodnie z raportem odnoszącym się do branży turystycznej pn. New tourism industry report
oferta wynajmu przez ten portal jest aż trzy razy większa niż tradycyjnych usługodawców – hoteli, hosteli, itp. A to z kolei jeden z kluczowych czynników wpływających na niewystarczającą liczbę nieruchomości i windujący w ostatnim czasie bardzo ich ceny. I tak pętla drożyzny się zamyka.

A przecież chodziło tylko o niewinne pragnienie podróżowania. Co się stało, że utraciliśmy tę niewinność? Poniżej kilka moich „jakby-hipsterskich” zdjęć z Islandii. No nie mogłam się oprzeć…

[1] B. Lenard, P. Mikołajczyk: Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii, Kraków 2017, s. 154.

[2] Ibidem, s. 156.

Treeless land

DSC_6574

Pisanie o interesujących lub godnych polecenia miejscach na Islandii to dość trudne i kłopotliwe zadanie. Przemierzanie wyspy jest doświadczeniem niezwykłym samym w sobie. Intrygująca, monotonna, przygnębiająca, zachwycająca, paraliżująco piękna. Lista określeń na islandzką przestrzeń jest znacznie dłuższa, a wiele z nich wzajemnie się wyklucza.

Zacznijmy od tego, że islandzki krajobraz jest bardzo ubogi w drzewa. Lasy pokrywają niespełna 2% powierzchni wyspy. Rodzimym gatunkiem jest niezbyt wysoka brzoza omszona. Chociaż liczby te ulegają zmianie – w związku z prowadzoną polityką zalesiania kraju – to rzeczywiście deficyt drzew nadaje charakter islandzkiej przestrzeni.

A co jest przyczyną bycia „treeless land”? Mogłoby się wydawać, że to natura – z jej surowym klimatem, erupcjami wulkanu i niezbyt żyznymi glebami. Nie, a raczej nie tylko. Głównym powodem wylesienia Islandii był człowiek. Osadnicy karczowali las dla celów osadniczych i rolniczych, także tworząc przestrzenie do wypasu owiec, co skutecznie uniemożliwiało jego odnawianie. Drewno było także podstawowym budulcem. Jest więc coś paradoksalnego w tym, że to człowiek, tworzący bardzo małą populację na wyspie, na której bezwzględnie rządzi natura, stał się głównym sprawcą deforestacji.

Skalę wyniszczających działań człowieka pokazali m.in. naukowcy prowadzący w 2004 r. badania archeologiczne nt. osadnictwa w rejonie północnego Atlantyku, służące m.in. odnalezieniu śladów pierwszych gospodarstw na Islandii. W ekspedycji brała udział międzynarodowa grupa naukowców – z Danii, Kanady, Norwegii, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Polskę reprezentował prof. Przemysław Urbańczyk z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN w Warszawie, który ma na swoim koncie kilka prac poświęconych średniowiecznej Islandii: http://www.urbanczyk.info.pl

Dziś Islandczycy starają się walczyć ze skutkami poczynań swoich przodków. Początek leśnictwa datuje się na przełom XIX i XX w. Wtedy też zapoczątkowano eksperymenty z sadzeniem drzew. Wkrótce tj. w 1907 r. powołano Islandzką Służbę Leśną (The Icelandic Forest Service http://www.skogur.is) – publiczną instytucje, odpowiadającą za gospodarkę leśną (odpowiednik naszych Lasów Państwowych). I to przede wszystkim ona w kolejnych latach prowadziła działania związane z zalesianiem, które jednak początkowo spotykały się z oporem wśród Islandczyków – nie tylko wśród rolników żyjących z wypasu owiec. Węgiel drzewny był szeroko stosowany w przemyśle i gospodarstwach domowych.

Dopiero pod koniec XX w. zalesianie przyniosło mierzalne rezultaty. Związane było to m.in. z przeznaczaniem sukcesywnie od lat 70-tych na te cele pieniędzy publicznych, kierowanych do prywatnych gospodarstw. W 1990 r. powstał w tym celu pierwszy Regionalny System Zalesiania dysponujący specjalnym funduszem grantowym. W tym okresie swoje działania zintensyfikowało także Islandzkie Towarzystwo Leśne (The Icelandic Forestry Association http://www.skog.is/forest)- parasolowa organizacja pozarządowa działająca od 1930 r., skupiająca 57 lokalnych stowarzyszeń leśnych. W porozumieniu z rządem podjęły one w ramach tzw. Land Reclamation Forest project – akcję wielkiej forestacji, polegającą na sadzeniu rocznie 1 mln drzew. Towarzystwo pełni także bardzo ważne funkcje edukacyjne, kładąc wielki nacisk na praktykę. Z widocznym skutkiem… Oparte na pracy wolontaryjnej swoich członków, skupia ich około 7000, czyli obejmuje tym samym 2% populacji mieszkańców wyspy.

W konsekwencji działania związane z zalesianiem, w tym prowadzeniem arboretów i szkółek leśnych, stały się domeną sektora prywatnego i pozarządowego. Wsparcie procesu zalesiania pieniędzmi publicznymi zostało drastycznie ograniczone przez kryzys w 2008 r. Poza reperkusjami finansowymi spowodował on także emigrację wielu specjalistów w zakresie leśnictwa. Pomimo późniejszej poprawy sytuacji ekonomicznej kraju, rządowe zaangażowanie w proces zalesiania – nie tylko liczone w koronach islandzkich – znacznie spadło.

Dlatego pomimo coraz większego zaangażowania społecznego oraz entuzjazmu dla „zjawiska”, jakim jest las, a także tworzonych strategii zalesiana kraju, w najbliższych latach Islandia pozostanie „treeless land”. A islandzka przestrzeń – momentami – nie przestanie być nudna. Z jej ciągnącymi się połaciami łąk, tundrowej roślinności, gdzie nie pojawia się żaden punkt, na którym można by zakotwiczyć wzrok lub który stałby się impulsem do jakiegoś skojarzenia. Bezkresna monotonia. Monotonia bezkresu. Ale właśnie te momenty podróżowania po Islandii bardzo zapadły mi w pamięci, będąc niemalże mistycznym doświadczeniem pustki. O którą tak trudno w przeładowanej Europie, a jeszcze trudniej w zabudowanej bałaganiarsko Polsce. Pustka i pełnia.

W tej monotonii równie niezwykłe jest to jak szybko się ona kończy. Nagle znika. Bo już za chwilę przestrzeń zupełnie się zmienia – zachwyca i intryguje wielością i zmiennością kształtów oraz kolorów. I możliwością obserwowania natury w jej najbardziej surowych i pięknych formach. Ale o tym już w kolejnym wpisie.

Źródła:

http://www.skog.is/forest

http://www.skogur.is

http://www.skogur.is/media/2017/Forestry_in_treeless_land_BKL_210x260mm.pdf

(Dostępne 10.03.18)

Wszystkie zimowe poranki i wieczory

DSC_7061

Pierwsza noc na Islandii to niezapomniane przeżycie. Nie tylko dlatego, że towarzyszy jej ekscytacja ziszczającego się marzenia. Lecz przede wszystkim dlatego, że… nie chce się skończyć. Zdążyliśmy się wyspać, pościelić łóżka, przygotować do wyjazdu i nawet wyjechać,  by dopiero wtedy być świadkiem tego jak noc łaskawie zaczyna ustępować miejsca dniowi.

Pierwszy długi poranek okazał się jednak zbawienny dla nas jako grupy, która musiała się zorganizować w nowym miejscu i przestrzeni – m.in. mając do dyspozycji jedną kuchnię. Miejsce, które będzie przez najbliższe dni naszym domem to urocza chociaż prosta chata (jedyną jej – dość dziwaczną zresztą – dekoracją były białe kamienne lwy ogrodowe przed pomostkiem prowadzącym do wejścia) zbudowana z myślą o weekendowych wypadach właściciela. Ale globalne procesy – zwłaszcza te związane z turystyką – nie omijają Islandii. Wręcz przeciwnie – atakują ją ze zwielokrotnioną siłą. Dlatego pierwotnie mająca być ucieczką od codzienności drewniana willa położona w islandzkiej głuszy (głusza w Islandii to stan dominujący więc bez problemu znajdziemy ją już 50 km od stolicy – w takiej właśnie odległości od Reykjaviku mieszkaliśmy) zmieniła swoje przeznaczenie, stając się dobrem udostępnianym na potrzeby turystów. Z pomocą przyszedł  działający na całym świecie portal airbnb. W wielu krajach zachodnich jest on źródłem konfliktu między profesjonalnymi dostawcami usług noclegowych, a osobami prywatnymi udostępniającymi swoje pokoje, mieszkania i domy na wciąż bardziej opłacalnych zasadach. W najbliższym czasie Islandii ten konflikt raczej nie grozi. Wciąż uboga baza noclegowa nie zaspakaja potrzeb turystów, których liczba rośnie – chciałoby się powiedzieć – w zastraszającym tempie.

Właściciel nie czeka na nas z kwiatami (ale zostawił je w wazonie wraz z pysznymi islandzkimi czekoladkami), tak samo jak nie przybędzie, aby się z nami zobaczyć na do widzenia. Ta usługa, a może bardziej relacja, bazuje na zaufaniu. Pewnie nie bez znaczenia jest to, że Kuba korzysta z tego miejsca po raz kolejny. Ale z tym zaufaniem spotkałam się już nie raz, korzystając właśnie z airbnb. Chociaż tutaj ma ono swój dodatkowy smaczek – zanim właściciel dotrze do swojego domu jego ostatni użytkownicy będą najprawdopodobniej już tysiące kilometrów stąd. A jednak nikt nie spisuje żadnych protokołów zdawczo-odbiorczych. Po prostu obowiązuje elementarna zasada: zostaw dom w takim samym stanie, w jakim go zastałeś. A nam do dyspozycji właściciel zostawia niemało. Z wszystkich „bogactw” bezcenne na długie zimowe wieczory okazują się:

– stół przy którym będziemy jadać wspólnie przygotowane kolacje. Godnym skopiowania okazuje się rozwiązanie ulokowania kuchni do gotowania w centralnym miejscu jadalni, co ewidentnie dowartościowuje gotującego oraz wykonywaną przez niego czynność, podnosząc ją do rangi wydarzenia równie ważnego jak sama konsumpcja.

–  internet bezprzewodowy. Może nie tak szybki jak ten, do którego przywykliśmy chociażby w Polsce, ale wystarczający do oglądania świetnego islandzkiego serialu kryminalnego „W pułapce”, w którym równie ważny jak sama fabuła jest niezwykły islandzki krajobraz. Czekamy zatem na drugi sezon.

–  jacuzzi przed domem zasilane wodą geotermalną. Oczywiście w kraju będącym jedną wielką naturalną elektrownią nie jest ono żadnym luksusem tylko standardowym wyposażeniem domu.

Rzecz jasna wszystko powyższe używane jest przez nas tylko wtedy, gdy nie gapimy się na niebo w oczekiwaniu na aurorę. Islandzkie zimowe długie wieczory wcale nie są więc takie straszne…

Inaczej jest jednak z porankami. Bo czas czekania na tę chwilę, gdy ustanie ciemność działa na moją wyobraźnię. Każdego dnia przed oczami stają mi te same obrazy i nasuwają się pytania. O której wstają Islandczycy? Co robią czekając na jasność? Jak umilają sobie ten czas tkwienia w ciemności? Czy piją więcej kawy? Co robili zanim pojawiła się elektryczność? Pod koniec grudnia i na początku stycznia dzień na Islandii zaczyna się po godzinie 11.00…

 

Jedziemy… samochodem

DSC_6566

No to wylądowałam na Islandii! Jest kilka minut po 17.00 i ku mojemu zdziwieniu nie panują egipskie ciemności, a jedynie dzień powoli chyli się ku końcowi, zmieniając barwy na grafitowo-granatowe. Te same kolory kilkanaście godzin później będą obwieszczać kres nocy. Na jeszcze silniejsze bodźce zostaje wystawiony mój zmysł powonienia – Islandia wita mnie intensywnym zapachem siarki. W tym momencie trudno mi uwierzyć, że z każdym dniem będzie coraz słabiej wyczuwalny, aby na koniec pobytu zupełnie stracił się z mojego pola percepcji.

Teraz czas na sprawną logistykę. Kompletujemy naszą 12-osobową grupę. Część przyleciała z Gdańska, a część z Warszawy. Na lotnisku czeka na nas pracownik firmy, z której będziemy wynajmować auta. Zabiera ze sobą kierowców. Wprawdzie wszystkie wypożyczalnie znajdują się w niedalekiej, kilkukilometrowej odległości od lotniska, ale rzeczywiście takie rozwiązanie zaoszczędza znacznie czasu i organizacyjnego zamętu. Zwłaszcza, że najłatwiej z lotniska wydostać się… samochodem. Opcją jest także shuttle bus. Natomiast na całej Islandii nigdzie nie skorzystamy z pociągu, tramwaju czy metra.
Samochody wypożyczamy w dwóch różnych, sprawdzonych wcześniej wypożyczalniach:
– Green Motion: https://next.greenmotion.com/car-hire/iceland/keflavik-international-airport
– Fair Car: http://www.faircar.is/
Pomocne w znalezieniu odpowiedniej oferty mogą być globalne wyszukiwarki:
http://www.economycarrentals.com/
https://www.skyscanner.pl/
https://www.sebogo.es/

Bardzo szeroki asortyment aut w wypożyczalniach i ogromna popularność takiego sposobu poruszania się turystów (ale także Islandczyków) po kraju sprawia, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Warto jednak pamiętać o kilku szczegółach, które mogą mieć wpływ na to czy nasza podróż po Islandii będzie fantastyczna i… nie zrujnuje naszego portfela. No właśnie – portfel na Islandii oznacza wyłączenie kartę płatniczą. Już w niewielu miejscach możemy płacić gotówką. Dlatego nie warto brać ze sobą islandzkiej waluty.

Tak też oczywiście jest w przypadku wynajmu auta, do którego mocno sugeruję dokupić ubezpieczenie. Bo niezależnie od pory roku podróżując po tym przepięknym kraju należy być przygotowanym na zmienność – stanu dróg i warunków pogodowych. Pamiętajmy – tu rządzi natura. Najczęstszą i… nieubezpieczaną przez żadną firmę usterką są wyrwane przez wiatr drzwi. Nie dalej jak dzień później przy każdym wychodzeniu z auta będziemy toczyć nierówną (i jakże komiczną) walkę z siłami natury, trzymając za każdym razem drzwi dwoma rękami, aby nie pognały z wiatrem. Ta sama natura w czasie zimowym może przynieść zupełnie nagłe oblodzenie drogi albo jej zaśnieżenie. Poza Reykjavikiem raczej nie liczmy na posypanie jezdni solą albo piaskiem. Ale właśnie dlatego auta wyposażone są w specjalnie uzbrojone opony, które sprawiają, że jazda po zimowych drogach jest znacznie bezpieczniejsza. Pomimo to do prowadzenia potrzebne jest coś jeszcze – poczucie pewności i doświadczenie za kierownicą. Ale to nie koniec warunków sine qua non do udanej samochodowej podróży po Islandii.

Karta kredytowa. Przy wypożyczaniu auta będziemy poproszeni o nią, gdyż – poza poniesionymi kosztami związanymi z usługą – na czas wynajmu zostanie zablokowana spora suma naszych pieniędzy. Wróci do naszej dyspozycji po oddaniu auta w nienaruszonym stanie. Auto oddawane jest na ogół – przede wszystkim dlatego, że na Islandii jest tylko jedno międzynarodowe lotnisko – do tego samego miejsca, z którego zostało wypożyczone. Nie musimy być obecni przy jego sprawdzeniu. Za to w ramach usługi zostaniemy przez firmę odwiezieni na lotnisko. Nie chciałabym, aby ten post zabrzmiał jak zachęta do podróżowania autem. Sama staram się używać tego środka lokomocji, gdy jest to niezbędne, a wyjeżdżając zagranicę bardzo lubię poznawać kraj i jego mieszkańców właśnie poruszając się środkami komunikacji publicznej. Na Islandii warto jednak zmienić myślenie o sposobie przemieszczanie i poznawania kraju.

Oczywiście istnieją alternatywy dla podróży autem – autobus bądź autostop. Nawet zimą mijaliśmy rowerzystów. Każda z tych opcji ma jednak swoje ograniczenia, które w podróży po Islandii mogą sprawić, że nie wykorzystamy tego czasu wystarczająco dobrze i efektywnie. Dlatego za nim się na którąś zdecydujecie – to poza ustaleniem ilości czasu i pieniędzy – polecam podjąć decyzję, czy to wyjazd nastawiony na jak najwięcej atrakcji, czy raczej eksplorowanie zupełnie nieznanych terenów. Niestety już nawet w islandzkim przypadku oznacza to dwie różne podróże. A tak w ogóle warto na Islandię wybrać się kilka razy. Ten pierwszy raz – na przykład w sezonie zimowym – można potraktować jako wizytę przygotowawczą, aby zweryfikować swoje wyobrażenia. Ja właśnie ze swojej listy marzeń wykreśliłam podróż rowerową po Islandii…

I tu może kluczowa informacja praktyczna. Moja „wizyta przygotowawcza” była możliwa dzięki Kubie Hubertowi, który zorganizował ten wyjazd. Zwany „królem tanich podróży” od lat wraca zimą na Islandię, miłością do której zaraża kolejnych. A dzięki świetnej znajomości wielu miejsc na wyspie przecieranie z nim zimowych szlaków – dosłownie i w przenośni – jest o wiele łatwiejsze. Chociaż trudno w to uwierzyć, Kuby podróże na północ (Islandia to jedna z kilku destynacji, więc znajdziecie na http://www.1wtravel.pl/) to uzupełnienie jego codziennej, etatowej pracy. Jak sam mówi o sobie: „Przez 45 tygodni w roku jestem urzędnikiem w pod gdyńskim Kosakowie. A przez pozostałe 6 przewracam swój świat do góry nogami i organizuję wyjazdy”. Można? Można!